MĄDROŚĆ, SIŁA I PIĘKNO WSZYSTKIE PROJEKTY ARTYSTYCZNE MARCINA BANASIKA

 
  START MARCIN BANASIK SKLEP  
  Eseje    
 


Gromki to tytuł — Eseje. Lecz cóż się pod nazwą skrywa?

Otóż, chodzi o wszelkiej maści teksty, które nie są fikcją literacką. Zatem eseje per se (jeśli takie w ogóle istnieją), wspomnienia, reportaże, polemiki, itp. — dokładnie uściślić, nie sposób, bo sam nie wiem, czego się po sobie spodziewać.

Ani słowa więcej — eseje poniżej...


A konkretnie jeden esej (inauguracyjny?) — "Wulkany wciąż jeszcze nie wygasłe..." — z mającej się napisać serii o roboczym tytule "Jadeit". (przeczytaj tutaj)

Chcesz być powiadamiany, gdy dodam kolejne eseje?
Zapisz się do Poczty MSP.


Marcin Filip Banasik — Obrazy Olejne
Modigliani, Portret Nieznanej Modelki 1918, kopia, mal. Marcin Filip Banasik

Amadeo Modigliani
Portret Nieznanej Modelki, 1918, KOPIA
olej na płótnie, 60cm x 50cm
(mal. Marcin Filip Banasik)

Zobacz detal obrazu (kliknij tutaj)

 
Marcin Filip Banasik Eseje
 

Jadeit: Wulkany wciąż jeszcze niewygasłe...
(Wǔ Dà Lián Chí, Hēi Lóng Jiāng)


Mieliśmy jechać „na Wulkany” i, żeby wypocząć, postanowiłem dłużej pospać, a tymczasem o dziewiątej zawyły syreny. Nie wiem, ile ich było, bo co chwila dołączały się kolejne — każda z innego kierunku — pamiętam tylko, że po minucie poczułem się otoczony i zrobiło się naprawdę głośno. Wciąż leżałem pod kołdrą. Myślałem, że zaraz przestaną, ale gdzie tam.

W Harbinie byłem już od jakiegoś czasu. Przywykłem, że budził mnie głos wędrownego sprzedawcy kleiku — jego automatycznego megafonu, odtwarzającego od rana do wieczora ten sam tekst: „Kukurydzianka! — Kleik z prosa! — Słone kacze jajko!, Kukurydzianka! — Kleik z prosa!...”. Pół wóz, pół taczka z baniakiem z owsianką stawał zawsze po przeciwnej stronie ulicy, naprzeciwko okna, którego parapet służył mi za biurko.

Syreny musiały wyć już od dobrych dziesięciu minut, więc wstałem i wyruszyłem na poszukiwania mojej żony. Natknąłem się na nią w kuchni i dla żartu spytałem — ją, Chinkę pochodzącą z Harbinu — czy to Japończycy. Ku mojemu zdziwieniu wcale się nie roześmiała, tylko skinęła głową i poważnym tonem powiedziała: „Tak, dziś jest 18-ty września, rocznica inwazji Japońskich Nazistów na Mandżurię, bardzo ważny dzień w Chińskiej historii”. Zamilkła, ale po chwili rzuciła jeszcze, jakby od niechcenia: „Dzisiaj wszystkie japońskie firmy i sklepy są w Chinach zamknięte...”.

Rocznica rocznicą, myślę, ale dlaczego aż zamykać sklepy?

Otóż dlatego, że... ten dzień przypomina w Chinach rocznicę wprowadzenia stanu wojennego w Polsce. Tyle że zamiast domu gen. Jaruzelskiego protestującym pozostaje właśnie obleganie Japońskich marketów i gdyby były otwarte, nigdy nie wiadomo, kto mógłby dostać kamieniem w twarz. Tutaj, w Mandżurii, pamięć wojny jest świeższa, niż w Europie, jest odświeżana, a syreny rozbrzmiewają całe pół godziny...

Gdy wreszcie milkną, na siłę zapominam o inwazji Japończyków, bo trzeba się zbierać. Do Wǔ Dà Lián Chí (五大连池), gdzie są wulkany, mamy jechać autokarem, tymczasem z powodu zbliżających się świąt narodowych i związanego z nimi „złotego tygodnia” wakacji, wielu ludzi pobrało dodatkowe urlopy i trudno nam jest znaleźć wolną taksówkę. Stoimy na ulicy już dobre dwadzieścia minut, myślę sobie, z wycieczki nici, ale widzę też, że poza mną nikt się nie denerwuje... Rzeczywiście, okazuje się, że brak taksówek to żaden problem — bo już spod ziemi wyrasta „Shū Shū” (叔叔; co znaczy „wujek”, choć to tylko znajomy mojego teścia), rzuca swoją pracę i nas podwozi. (Ot, znów dałem się poznać jako obcokrajowiec, niedoceniający potęgi, jaką dysponują nawet najbardziej przeciętni Chińczycy.)

Takich „wujków”, gotowych rzucić się nagle z pomocą, w otoczeniu mojego teścia jest chyba kilkuset. I nie tylko w Harbinie, ale i w Hong Kongu, Shenzhen, Pekinie, Szanghaju, w dziwnych miejscowościach na końcu świata, gdziekolwiek z żoną jedziemy — zawsze jest jeden, dwóch, ba! nawet czterech „wujków” lub „cioć”, gotowych zasłonić nas własnymi ciałami przed ostrzałem nieprzyjaciela... Czasem to rzeczywiście członkowie rodziny — często nie starcza dwóch rąk, by wyliczyć braci i sióstr Chińczyków pokolenia moich teściów — czasem tylko przyjaciele, znajomi, znajomi znajomych, ludzie, których kiedyś ugoszczono, którym wyrządzono jakąś przysługę.

Nie inaczej jest na samym dworcu. Chociaż docieramy tam prawie spóźnieni, autobus właściwie ma zaraz odjechać, nie mamy biletów, zresztą jak w tym świątecznym kociokwiku zdobyć bilety?! Ale... meldujemy się na dworcowym posterunku policji drogowej, gdzie teść zna jednego „wujka”, który z kolei też ma „wujka” i... o, są trzy bilety — dla teścia, mojej żony i mnie. („Cóż za pomyślny zbieg...”.) A nawet nie musimy czekać w kolejce do autobusu: zamiast tego siedzę sobie, nieco zmieszany, w skórzanym fotelu na posterunku (posterunek: cztery biurka, cztery komputery rozdzielone wg policyjnej hierarchii od starego do nowego, czterech bardzo zajętych policjantów, kasa przeciwogniowa, klimatyzator, te skórzane fotele i ja...).

W autobusie wygodnie, choć czuć w powietrzu skarpetami. Ludzie ładują się do środka na złamanie karku, tłoczą się, popychają — trochę, by mieć pewność, że znajdą miejsce na swoje podręczne tobołki, a trochę dla zasady. W wąskim przejściu, na wprost wejścia stoi pucułowata policjantka drogowa, która popędza lub hamuje pasażerów. Umęczona — bo to jest żywioł — dba, by pomóc starszym panom wspiąć się po stromych schodach, by ich później nie zadeptano, i by ich antyczne małżonki nawzajem się nie pozagryzały... (Nie ma siły większej niż człowiek, który w swoim życiu zaznał głodu.)

Tuż przed odjazdem wchodzi jeszcze chłopiec z gazetami. Przeciska się wzdłuż foteli i woła: „Strzały na Wyspach Poławiania Ryb (钓鱼岛;Diào Yú Dǎo — M.B.). Przeczytaj najnowsze rewelacje. 1 juan”. Kilkoro pasażerów ożywia się. W tym mój teść — rano był zajęty, nie włączył telewizora. Teraz opiera się o siedzenie przed sobą i podniesiony wpół z fotela, woła do chłopca z gazetami: „A, podejdź”. Płaci. Przez chwilę obmacuje marynarkę w poszukiwaniu okularów do czytania. W końcu przestaje i prosi moją żonę, żeby sprawdziła, o co chodzi, i mu powiedziała, tylko szybko, a... Ale już pięciu czy sześciu ludzi z autobusu woła do niego, że strzał rzeczywiście był, ale z armatki wodnej, i nie na wyspach, tylko w okolicy, zresztą był to strzał „ostrzegawczy” i nikt nie został oblany... „Aaa!” — mówi teść. Opada głęboko w fotel, zupełnie traci zainteresowanie gazetą.

Niebo jest pochmurne, co nas niepokoi, bo jedziemy w głąb prowincji Hēi Lóng Jiāng (黑龙江), która jest prowincją najbardziej wysuniętą na północ, o klimacie syberyjskim, nocy polarnej i białych tygrysach... Zerkam na jeden z telewizorów, gdzie kierowca puszcza chińskie teledyski. Są to klipy karaoke z napisami, więc pilnie oglądam, by ćwiczyć czytanie (teksty piosenek, np.: „O, Baby, nie odchodź. Przecież wiesz, że cię kocham. O, Baby, nie odchodź, przecież wiesz, że za tobą tęsknię. Chciałbym cię przytulić. Nie pozwolę ci odejść. Wróć...”, albo „Jestem małym, malutkim kamyczkiem, spokojniutko leżącym w mule. […] Mam nadzieję kiedyś pokrywać wielobarwną drogę, by ludzie mogli na niej witać poranek, witać szczęście...”). Potem leci wielkie mordobicie z Jaycee Chanem (synem Jackie Chana) w roli „dzielnego policjanta” — o zachodnim tytule, “Niewidzialny Cel”, a Chińskim “男儿本色”, „Nán'ér Běnsè”, co przetłumaczyć można jako „Prawdziwy Charakter Mężczyzny”...

Poznawszy prawdziwą męskość, rozglądam się. Obserwuję ludzi w autobusie. Większość to albo ludzie starsi, albo chłopi o ogorzałych twarzach żeglarzy. Turystów, takich jak my, jest tylko kilku — wszyscy z Harbinu. Oczywiście, jestem jedynym „cudzoziemcem” („Patrzcie — cudzoziemiec...”, „Ale wysoki...”, „Ale gruby...”, „Jaki przystojny...”, „Ale ma nochal...”, „Ciszej, gada po naszemu...”). Północne prowincje Chin nie są rejonem turystycznym, bo, chociaż jest tu kilkadziesiąt miejsc wartych zobaczenia, to oddalone są od siebie tak bardzo, że kilkugodzinne zwiedzanie trzeba nierzadko opłacić kilkudniową podróżą i kosztownymi noclegami.

Nie jedziemy autostradą, chociaż wiem, że ta ciągnie się gdzieś niedaleko. Ślimaczymy się jakoś wzdłuż niej, bo jest płatna — linia chce zaoszczędzić na taryfie, pasażerowie na biletach, a też przecież nie można ich wysadzić wprost na autostradzie (większość nie jedzie do samego Wǔ Dà Lián Chí). Mnie to nie przeszkadza. Wiem, że im taniej się podróżuje, tym ciekawsza podróż. Stajemy kilka razy. Czasem w malowniczych wioskach, gdzie, otoczone pięknymi ogródkami, tłoczą się ceglane chałupki, i gdzie — jest pora przygotowywania posiłku— z wszystkich kominów unosi się dym. Czasem wylegamy otoczeni zewsząd betonowymi cementowniami. Toalety tutaj, to betonowy wychodek, kryty blachą falistą, bez kabin, umywalek — ot, betonowa podłoga z rzędem wyciętych, podłużnych dziur (w dole, w szambie, widzę przepadły banknot pięcio-juanowy). Mijamy też miasta i miasteczka — wszystkie, jak całe Chiny, najeżone dźwigami, rusztowaniami, brygadami budowniczych i inżynierów.

Teraz już cały czas patrzę za okno. Wyczekuję tej mitycznej, biednej prowincji, której nie mogłem odnaleźć przez trzy lata, odkąd mieszkam i podróżuję po Chinach. Zacieram ręce, bo już niedługo po opuszczeniu Harbinu zaczęły się wyraźnie biedniejsze pola, uprawy chronione szałasami z gałęzi, dachy kryte strzechą, gęsto zarośnięte mchem, krzewami, nawet skarłowaciałymi drzewkami — tu i tam, pośród maszyn rolniczych pojawiają się małe wozy zaprzężone osłami... Nie cieszę się jednak długo, bo wszystko to szybko znika, ustępuje przed nowoczesną uprawą. Strzechę wypiera najpierw lśniąca nowością blacha falista, potem dachówka. Osły wciąż tu są, ale tylko tam, gdzie ciężko dojechać traktorami, których jest coraz więcej — nie minęło pół godziny, a wokół już co chłop, to ciągnik, co pole, to kombajn.

Ale, co oni tam uprawiają na tej „Chińskiej Syberii”?

Wszystko. W oczy rzucają się jednak przede wszystkim ciągnące się po horyzont plantacje pomarańczowych kwiatów. (Zanotujmy to: na Syberii uprawia się kwiaty...) Ponieważ plon zbierać można tylko raz w roku (zimą ziemia jest skuta lodem na kilka metrów), ponieważ lato jest upalne i słoneczne, a teren rozległy i bogaty w wodę — prowincja Hēi Lóng Jiāng posiada najlepszą glebę w Chinach. Uprawiany tutaj ryż jest najsmaczniejszy (i najdroższy). W Europie w ogóle nie ma takiego ryżu — jest tylko tzw. Tajski Ryż Długoziarnisty, który jest odmianą najpodlejszą — a nawet bardzo drogi u nas „ryż do sushi” wywołuje na twarzach Chińczyków pełne niesmaku skrzywienie i komentarze w typie: „jak nie było co jeść, tośmy to jedli...” (Odwrotnie jest z ziemniakami, które w Chinach smakują tak sobie.)

Żyzność prowincji Hēi Lóng Jiāng jest fenomenem także ze względu ekonomicznego. Oto teren, który po niemal całkowitym wyeksploatowaniu zasobów węgla, gdzie nie ma właściwie fabryk produkujących wszystko dla reszty świata, który stał się wyłącznie krainą pasterzy owiec (najlepsza, poza tą z Mongolii Wewnętrznej, baranina w Chinach) i rolników... po niespełna dwóch dekadach od zamknięcia tych kopalni, staje się prowincją prężną, zamożną, budującą wielomilionowe metropolie i najlepsze Uniwersytety, w których studentki paradują w płaszczach z Burberry, zmieniają co chwilę zbytkowne torebki... Skąd ten szych? Skąd te studentki-krezuski? Oczywiście ze wsi. Przyjechały spod bagnistej granicy z Rosją, gdzie wcześniej zawędrowali ich rodzice, wyśmiewani, że są chłopami kresowymi. Przybyły z terenów, do których trzeba jechać kilka dni pociągiem, autobusem, wozem, osłem... Ale w Harbinie pojawiają się już jako córki ziemian — milionerów, którzy zbili majątki na handlu z Rosjanami i przede wszystkim, na sprzedaży żywności miliardowi i trzystu milionom Chińczyków, którzy, jeżeli chodzi o jedzenie, naprawdę wolą kupić to najlepsze, jakkolwiek wysoka nie byłaby cena...

Do Wǔ Dà Lián Chí zajeżdżamy o 17-tej i, chociaż jest Wrzesień, „już się zmierzcha, nadchodzi noc”. Przed dworcem pełno „dzikich” taksówkarzy. Podchodzą, zapytują gdzie chcemy jechać. Nie odchodzą, gdy mówimy, że nas, oczywiście, odbiera „wujek”. Są zainteresowani cudzoziemcem. Jeden z nich próbuje zagadać po Rosyjsku, ale mówię mu, że nie rozumiem tego języka. Rozmawiamy więc po Chińsku — krótko, bo już, nowym Volkswagenem Magotanem, jak w Chinach nazywa się VW Passata (białym, taka tutaj moda), podjeżdża „Wujek Lang”. Wita się, ściska, uradowany (choć nigdy się przecież nie widzieliśmy), on i ciocia mówią, że dojechaliśmy wyjątkowo szybko — 6 godzin zamiast zwyczajowych 7 i pół...

Wsiadamy i jedziemy do restauracji. Do jakiej? — do najlepszej w mieście. Wujek pyta, co lubię jeść, a ja szczerze odpowiadam, że jem wszystko, wszystko mi smakuje. Kilka przecznic od dworca Wujek Lang parkuje samochód. Wówczas on i jego żona szybko wysiadają, wyciągają z bagażnika śrubokręty i zabierają się do odkręcania tablic rejestracyjnych. Idzie im szybko — już możemy iść. Samochód stoi na zakazie, ale kto tam wie, czyj to samochód...?

W restauracji osobny pokój dla VIP-ów. Stół okrągły, z obrotowym blatem, na nim osiem dań, i Wujek Lang z dumą oznajmia, że będziemy jeść... psa. „To wyjątkowa restauracja” — mówi. „Kuchnia sama hoduje psy i codziennie urządzane jest «psobicie», dzięki czemu mięso jest tu najlepsze, tak świeże, jak to tylko możliwe”. Przede mną już piętrzą się ręcznie rwane pasemka z psa, drobno siekana psia skóra, a po chwili kelnerki wnoszą zupę z psa, z dużymi, ciętymi w kostki kawałkami mięciutkiego, chudego psiego mięsa. (Pozostałe menu: 酥黄菜, sū huáng cài — „pudełka” z ciasta w karmelu; 拌拉皮儿, bàn lā pí'ér — rodzaj mieszanych warzyw i przezroczystego makaronu, z sosem, na zimno; 锅包肉, guō bāo ròu — plasterki wieprzowiny zapiekane w mączce kukurydzianej, na słodko-kwaśno; rodzaj miejscowych mini-rybek; ryż z sosem, zawijany w olbrzymie liście sałaty; do tego ostry sos z psa i słona posypka do psich pasemek.)

Jestem w potrzasku, bo, co prawda, lubię psie mięso, ale przy stoliku jestem w tym osamotniony. Nasi gospodarze trzymają w domu owczarka niemieckiego — w ich samochodzie wszędzie poustawiane są figurki psów, na przedniej szybie dyndają zawieszki z psami — rozczuleni pokazują mi zdjęcie swojego pupila, więc, chociaż się do tego nie przyznają, widzę, że nie ruszają psiny... Moja żona nie je psów. Ukradkiem podrzuca mi kawałki mięsa, które jej nałożono. Teść uprzejmie skubie jeden kawałek... Zatem zostałem tylko ja. Cała ta psia uczta — tylko dla mnie. Cóż zrobić — obżeram się, opycham, gryzę, łykam, ciamkam, napycham ile wlezie...

Wujek Lang i teść piją „białe wino” (wódkę z kukurydzy). Krzywią się, gdy im mówię, z czego robi się wódkę w Europie. Ja zawsze byłem abstynentem, więc razem z kobietami piję wodę mineralną i... ale — cóż to za woda? Otóż, niepowszednia. Tutejsza, wypływająca z wulkanicznych źródeł. Wujek Lang podrywa się i opowiada: Wulkanów jest tutaj czternaście, ale tylko dwa są jeszcze czynne (te, na które mamy się wspinać). A woda? — są tylko trzy kraje na świecie, które mają wodę o podobnych właściwościach: Francja, Rosja i Chiny... Rozmawiamy o wodzie, jemy. Na koniec Wujek wznosi jeszcze toast — byśmy moja żona i ja, tu, w Wǔ Dà Lián Chí, „dobrze się bawili i dobrze pojedli”.

Dlaczego opowiadając o Chinach, nie mogę wykręcić się z opowiadania o jedzeniu?

Kiedy w 2009-tym pierwszy raz przyjechałem do Chin, nie znałem Chińskiego ani trochę. Przechadzając się po ulicach Szanghaju, co chwila napotykałem pogrążonych w ożywionej dyskusji chińczyków — młode dziewczyny, staruszków, dzieci, biznesmenów w pełnej gali... Zastanawiałem się, o czym z takim zapałem rozmawiają. Teraz, gdy już ich trochę rozumiem, wiem, że o jedzeniu... Wielu chińczyków nudzą podróże. Jadą na drugi koniec Chin tylko po to, aby jeść tamtejsze specjały. Po powrocie najczęściej nie pada pytanie, co się widziało, ale gdzie i co się jadło. Podobnie zachowuje się mój teść. Jutro wcale nie będzie zwiedzał wulkanów — zrobi sobie zdjęcie przy kamiennej steli z wyrytym napisem „Wǔ Dà Lián Chí” i będzie czekał na lunch, obiad, drugi obiad, na daleko ciekawsze, niż wulkany, pogawędki z długo niewidzianym Wujkiem Lang'iem.

Już w hotelu, przed wyczekiwanym od jakiegoś czasu odpoczynkiem, wędruję jeszcze do toalety, by umyć ręce. Od parady spuszczam wodę w sedesie i z uwagą się jej przyglądam — tutaj nawet w sedesie spływa woda mineralna, można by ją pić, jest nasycona minerałami, ma niezwykłe właściwości lecznicze. Przebieram się, a tymczasem do drzwi puka teść. Otóż Wujek Lang i on postanowili jeszcze pójść do innej restauracji na barbecue. Pytają, czy też mamy ochotę... Odmawiamy. Zmęczeni i przejedzeni kładziemy się spać. Rano teść mówi, że pukał do nas z owczymi szaszłykami, ale najwyraźniej spaliśmy zbyt głęboko, bo nikt mu nie otworzył...


Dzień drugi.

Jedziemy samochodem Wujka. Tablice rejestracyjne przytwierdzone na miejscu, za to zauważam, że z przodu nikt nie ma zapiętych pasów. Zamiast nich w zatrzaskach zatknięte są nagie, pozbawione pasów sprzączki — chodzi o to, by samochód nie piszczał, że pasy nie zapięte.

Wulkany widać z daleka. Ich widok przywodzi mi na myśl krajobrazy pustynne, czy też te, rodem z amerykańskich prerii — teren płaski jak stół, na pierwszy rzut oka pozbawiony drzew, porośnięty w tym kierunku dzikim stepem, w tamtym, uprawami soi i kukurydzy — i pośród tej bezkresnej równiny, w oddali, wyrastające bez ostrzeżenia strome, nagie, brunatne wzniesienia zwieńczone płaskowyżami. Płaski szczyt to znak, że wulkan jest wygasły, zatem, chociaż raz po raz zbliżamy się do tego czy tamtego wzgórza, to jednak ostatecznie wszystkie je mijamy. (Bliżej wulkanów rośnie już tylko kukurydza — jedyna roślina uprawna, która znosi zatrutą, wulkaniczną glebę. Wujek informuje nas, że jej plon — z każdej rośliny tylko jedna kolba — używany jest jedynie do celów „przemysłowych”.) Gdy docieramy w pobliże „naszego” wulkanu, rozpościera się przed nami zachwycający widok: oto pod szerokim, bezchmurnym niebem, mizdrzy się wielka połać kwiatów w kolorze zachodzącego słońca, za tym pasmem moszczą się tafle „Pięciu Wielkich Połączonych Akwenów” — Wǔ Dà Lián Chí (五大连池) — a ponad nimi drzemie posępny wulkan — Lǎo Hēi Shān (老黑山) — „Stara, Czarna Góra”.

Nagle wszystko to znika. Samochód skręca, opuszcza dwupasmówkę i wjeżdżamy w teren zabudowany. Znikają znaki chińskie, a zamiast nich pojawiają bukwy cyrylicy. Nazwy ulic, tak tutaj, jak i w samym miasteczku Wǔ Dà Lián Chí (tym, w którym spędziliśmy noc), opisane są w dwóch językach — chińskim i rosyjskim. Co ciekawe, rosyjskie nazwy ulic są tu tłumaczone (tzn. Ulica 黑龙 będzie opisana po rosyjsku, cyrylicą, jako „Ulica Czarnego Smoka”), w odróżnieniu od prawie całej reszty Chin, gdzie chińskie znaki podpisane są zawsze alfabetem łacińskim, fonetyczną aliteracją pinyin i językiem angielskim (Ulica 黑龙 opisana jako Hei Long Road). W Wǔ Dà Lián Chí jest też szpital rosyjski — jedyny chyba „oficjalny” budynek, który widziałem w Chinach, opisany tylko i wyłącznie w obcym języku.

Wujek obwozi nas po osadzie. Nie jest to ani wioska, ani miasto, a kilka przecznic hoteli, hotelików i sklepów. Ich właścicielami są w przeważającej części Rosjanie, którzy wynajmują pokoje swoim ziomkom z Chabrowska, Władywostoku i innych przygranicznych miast rosyjskich. Rosjanie przyjeżdżają tu na dłuższe pobyty (do trzech miesięcy, albo i dłużej), nie po to, by zwiedzać wulkany, ale by zażywać kąpieli i pić wulkaniczną wodę.

Przy kasie do źródeł czeka na nas przewodniczka, wynajęta specjalnie dla nas, oczywiście przez Wujka, co jest marnotrawstwem, bo nie lubimy przewodników, wszędzie sami włazimy, powoli, w miejsca najlepiej nieturystyczne. No, ale Wujkowi chodzi nie tyle o załatwienie nam przewodnika, co o ugoszczenie nas tak wielkopańsko, jak to tylko możliwe. W Chinach to podstawa stosunków międzyludzkich. Dlatego to Wujek rzuca się kupić bilety do źródeł, siłą odpycha nas od kasy, w czterogwiazdkowym hotelu (najlepszym w miasteczku) mamy dwa duże pokoje, chociaż zmieścilibyśmy się w jednym, posiłki są ośmio-, dziewięcio-, dziesięcio-daniowe, 70% pozostaje niezjedzone, wszystko się wyrzuca, nikt nic nie zabiera do domu... Wujek płaci i za hotel, i za obiady. Takie są reguły gry, w którą nie wypada nie grać. Także nam — jeżeli kiedykolwiek Wujek, lub jego syn, ktokolwiek z jego rodziny przyjedzie do nas, do Szanghaju, gdzie mieszkamy, sprawą honoru będzie odpłacić się tym samym. Odwzajemnienie takie jest oczekiwane, jego brak — afrontem najwyższego kalibru, incydentem kończącym się natychmiastowym zerwaniem stosunków!

Przewodniczka ma bardzo rosyjską twarz, bladą skórę, a ponieważ nosi ciemne okulary, gdyby nie mówiła nieskazitelnym chińskim (z domieszką lokalnego dialektu), można by wziąć ją za słowiankę. Oprowadza nas po źródłach. Powtarza to, co powiedział nam dzień wcześniej Wujek: „Woda wypływa z dwóch wulkanicznych źródeł, ma temperaturę trzech stopni Celsjusza, naładowana jest minerałami, mikroelementami, zdrowiem, wieczną urodą...”. Po drodze spotykamy dwie postawne Rosjanki w średnim wieku. Mają krótko ścięte włosy, a w rękach trzymają kilku-litrowe, plastikowe termosy. Termosy są tandetne — z krzywo odbitymi na obudowach rysunkami Myszki Miki — ale ja znam ich moc, wiem, że trzymają wrzątek nawet do 36 godzin.

Przy samym źródle spoglądamy w dół, do studni krytej pleksi. Widzimy buzującą kipiel, która mieni się metalicznie jak skrzydła i odwłoki much. Obok, z wielkiego głazu, wystaje na różnych wysokościach kilkanaście miedzianych kurków. Opróżniam swoją tykwę do herbaty i nalewam do pełna. Próbuję. Czuję się, jakbym pił coś o smaku metalowej poręczy. Taki też — metaliczny — jest zapach wody. Zamykam kubek, ale, po chwili, wieko zaczyna burczeć. Wydzielające się gazy rozdymają tykwę, która wygląda teraz jak napęczniała puszka nadpsutej mielonki. Wreszcie woda zmienia kolor na fioletowy (tykwa jest przezroczysta), i przewodniczka radzi ją wymienić. Mówi, że zaszła reakcja z resztkami herbaty. Poucza mnie, że wulkaniczną wodę można przechowywać w kubku maksymalnie 2 godziny, potem jest już zepsuta. Jeżeli chcę zabrać więcej, muszę — tak, jak Rosjanki — przynieść ze sobą termos, który dłużej utrzyma temperaturę 3 stopni Celsjusza.

Opici „na zapas”, ale na wypadek pragnienia, z pełnymi tykwami, jedziemy najpierw autobusem przez skarłowaciały, usiłujący rosnąć w wulkanicznej glebie, lasek brzozowy. Potem wysiadamy i dochodzimy pieszo do podnóża Wulkanu. Przed nami rozpościera się widok na to, co Chińczycy nazywają tu „kamiennym morzem” (石海; Shí Hǎi). Jest to ciągnąca się po horyzont połać lawy, która rozlała się najpierw w „morze”, a potem zastygła — widać fale, bałwany, fałdy i fałdki — wszystko z czarnej, spękanej ze starości lawy. Nic tu nie rośnie — nawet najmniejszy krzaczek. Żyją tylko, prócz owadów (głównie czarnych biedronek i czarnych pasikoników), tylko trzy gatunki zwierząt: jakiś wąż (jaki, nie udaje mi się wywiedzieć — przewodniczka wie tylko, że jest jadowity), szczur i szczekuszka, czy jak ją nazywają Chińczycy — „królik kamienny” (石兔; Shí Tù) — zwierzę o ciele królika, krótkich łapkach i uszach w kształcie niemal idealnie okrągłych miseczek.

Gdy wchodzimy kamiennymi schodami po zboczu wulkanu, przewodniczka nagle nas zatrzymuje. Zatacza ręką dokoła i z wyrazem twarzy, jakby wyjawiała wielką tajemnicę, oznajmia: „Niech Państwo spojrzą na te białe drzewa”. Patrzymy. „To są brzozy, a tam...” — wskazuje palcem na koronę najbliższego drzewa — „...tam widać jemiołę!”. Już tłumaczy, że jemioła jest rzadkim ziołem, pasożytniczo porastającym brzozy, a nadzwyczaj cennym w tradycyjnej chińskiej medycynie... Brzoza natomiast, to nigdzie indziej niespotykany gatunek drzew, który upodobał sobie zbocza wulkanów i... Zdaję sobie sprawę, że rzeczywiście, poza terenami wulkanicznymi, nie widziałem, by w Chinach gdziekolwiek rosły brzozy czy jemioła. Lasy „białych drzew” są tu oznaczane na mapach turystycznych, a dla kochających naturę chińczyków są to jedne z głównych punktów wycieczek. Mówię przewodniczce, że w Polsce brzozy rosną wszędzie, że z ich kory można zrobić pozbawioną kalorii zupę, i że jemioła uchodzi za szkodnika...

Śmiejemy się i wspinamy dalej ścieżką wybrukowaną pumeksem wulkanicznym. Pumeks to lawa, która wydostawszy się na powierzchnię, uwalnia gazy, uwięzione wcześniej przez ciśnienie — efekt podobny do nagle otwartej puszki napoju gazowanego, którą nadmiernie wstrząśnięto. Z wynikłego buzowania powstaje duża ilość piany (o grubości nawet do 80 m), która, nagle schłodzona, zastyga w pełną pęcherzyków skałę. Mijane przez nas głazy, podobnie jak te pod nami, są w kolorze to ciemno-rdzawym, matowym, to czarnym i połyskliwym, jak gruda węgla antracytowego. Kocie łby z pumeksu masują nam stopy, a zapach brzóz przywodzi (już tylko mi), wspomnienie polskich lasów.

Nie wchodzimy długo — od podnóża na szczyt musimy wznieść się tylko o 400 metrów względem poziomu morza — i już stoimy na krawędzi krateru. Lawy, rzecz jasna, nie widać, ale musi być gdzieś głęboko pod nami, pod warstwą sypiących się w głąb piekielnego leja pumeksowych kamyków i głazów. „Stara, Czarna Góra” wybuchł ostatnio w latach 1720-1721 (przebieg erupcji skrupulatnie notowali skrybowie cesarscy) i wciąż jest w fazie uspokajania. Teść tłumaczył mi, że 30 lat temu było gdzieś w pobliżu miejsce, gdzie można było przejść się po ciepłej skale, która, niczym nadtopiony w słońcu asfalt, była jeszcze lekko miękka. Teraz powierzchnia jest już wszędzie twarda i zimna, a my — oblezieni przez chmary biedronek, walcząc z nagłymi podmuchami wiatru i zbierając kawałki pumeksu — robimy rundkę dookoła krateru. Co jakiś czas napotykamy na „bomby wulkaniczne” — głazy powstałe w trakcie największych erupcji, wtedy, gdy wypluta wysoko pod niebo lawa zastyga w zimnym powietrzu w jajowaty głaz (o średnicy do ok. półtorej metra), a potem gdzieś upada niczym kula wystrzelona z ogromnej armaty...

Szybko schodzimy. Uprzejmie, z powściągliwą elegancją, pozbywamy się przewodniczki. Wsiadamy do turystycznego minibusu (bez ścian, by można było podziwiać widoki) i czekamy. Siedzimy tylko we dwójkę, myślę więc, że zanim zbierze się więcej pasażerów, będę miał czas, by zjeść zabrane ze śniadania suān cài bāo (酸菜包; pyzy nadziewane mięsem i kiszoną kapustą) — ale ledwo zdążam odwinąć z papieru pierwszą pyzę, gdy „znikąd” podbiega kierowca. Spostrzega moje bāo zi, przewraca oczami, potem wskakuje za kierownicę i nie patrząc już na mnie, mruczy pod nosem: „No, przecież nie jedz, bo się porzygasz...”. Wciska gaz do dechy i pędem wjeżdżamy na betonową drogę, która, wijąc się zakrętasami, ósemkami, meandrami, falując to w górę, to w dół, to w bok, prowadzi nas w głąb „kamiennego morza”.

Mijamy kolejny aktywny wulkan (mniejszy i bez ścieżki do krateru), potem „rzekę lawy” — czarny pas głównego nurtu, płynącego niegdyś środkiem „morza”, i wreszcie jesteśmy „na horyzoncie” — tam, gdzie rozlewisko lawy łączy się z wodami pięciu jezior.

Dziwny to widok — szemrzące fale jeziora, a obok nich, jakby równie rozfalowany brzeg, pełen miejsc gdzie lawa zastygła w formie rozchodzących się koncentrycznie kół — jakby ktoś stał na „brzegu” i wrzucał do niej kamyki... Długo spacerujemy nad wodą, zapuszczając się kładkami w głąb „morza”, otoczeni przez czerń, leje i wystające co jakiś czas na wysokość wielu metrów stupy lawowe (przywodzące mi na myśl te, budowane przez buddystów). W rozpadlinach lawy, w naciekłej wzdłuż nich wodzie z jezior, śmigają ryby. Głazy porastają jaskrawozielone glony, a liczne wysepki — skarłowaciałe brzozy, które tak tu, jak i na zboczach i u podnóża wulkanów, mienią się wszelkimi kolorami jesiennego listowia. Z większej połaci wody, zaalarmowana naszym nagłym pojawieniem się, leniwie podrywa się do lotu czapla.

Dalej są już tereny uprawne i wracamy przez nie polną drogą. Nagle musimy zejść na pobocze, bo mija nas — napawający surrealistyczną zadumą — stóg siana (sojowego — właśnie trwają zbiory). Wysoki na półtorej piętra, szeroki na trzy szerokości polnej ścieżki, a dosiada go pięciu czy sześciu chłopa... Wszyscy zdziwieni — ja, tym mobilnym stogiem siana, chłopi, cudzoziemcem, który ten stóg fotografuje... Co kilka minut mija nas kolejny stóg. Chińczycy to mistrzowie logistyki — trzeba się nisko schylić, by pod sianem dostrzec koła traktora i naczepy.

Po trudzie wspinaczki — lunch. Dziewięć dań, w tym, m.in.: organiczny kurczak, świńskie stópki, świńska krew w kiszce i tofu z organicznej soi i wulkanicznej wody mineralnej... Pojawienie się na stole tofu jest znakiem, że Wujek wypytał teścia, jak mi najlepiej dogodzić. Tofu jest zamawiane przy każdym posiłku specjalnie dla mnie, ponieważ ja — wcześniej wyśmiewca tofu — po przyjeździe do Chin i spróbowawszy prawdziwego tofu, z dnia na dzień stałem się apologetą, ambasadorem tofu... czym zresztą zawsze się w Europie narażam, bo prawdziwego tofu na naszym kontynencie po prostu nie ma i ciężko jest wytłumaczyć europejczykom, że może być dobre, ba! — preferowane ponad dania mięsne (a jestem też apologetą mięsa!), najniecierpliwiej wyczekiwane...

Podobnie bezradny był mój ojciec, który, po przyjeździe z wycieczki po Chinach, starał się przekazać swoim przyjaciołom, jak bardzo smakował mu... por. Pamiętam szczególnie jak z wyrazem rozmarzenia na twarzy, z przymkniętymi oczyma mówił — „przepyszny por” — a na to wszyscy znajomi wybuchali śmiechem... Tymczasem por rzeczywiście jest w Chinach „przepyszny” — zupełnie inny niż nasz — ostry, o wyrazistym smaku. Tu, w Wǔ Dà Lián Chí, spotkaliśmy Rosjanina, który pod pachą niósł ok. dziesięciu jakichś paczuszek. Zgubił jedną przy źródełku — dwóch smoczych łbach, z paszcz których bryzgała wulkaniczna woda — i moja żona mu ją odniosła. Okazało się, że wszystkie paczuszki zawierały nasiona porów...

Restauracja w której jemy, stoi na pustkowiu, ale też jest specjalna. Choć nie ma tu normalnej toalety, tylko wychodek (茅楼;máo lóu), a miska z wodą i nabierakiem zastępuje umywalkę — to niewygodę rekompensuje to, że budynek restauracji jest zewsząd otoczony grządkami i poletkami. Za oknem naszego pokoju (w restauracjach chińskich, na ogół, nie ma dużej sali, gdzie goście jedzą wszyscy razem, ale każda grupa ma swój osobny VIP-room lub VIP-roomik), z motyką w ręce, uśmiechnięta kobieta pochyla się nad poletkiem bakłażanów. Na ścianie suszy się krwistoczerwone chili, jest sałata, są pomidory, dynie... Wszystko, co się tu je, pochodzi właśnie z tego organicznego poletka za oknem.

Po lunchu — obiad (tym razem bez psa). Pominę już menu... Wulkany i źródła zwiedzone, można więc porozmawiać na tematy bardziej zajmujące, bieżące. Ja właściwie nic nie mówię, tylko się przysłuchuję. Wyławiam powtarzającą się mantrycznie frazę — „Diào Yú Dǎo, Diào Yú Dǎo, Diào Yú Dǎo...”. Chodzi znów o „Wyspy Poławiania Ryb”, o które nagle upomnieli się Japończycy, co wywołało natychmiastową kontrę chińskiego rządu, ale też — przede wszystkim — lawinową reakcję zwyczajnych chińczyków. (Problem tych niewiele znaczących wysepek, położonych niedaleko Tajwanu, z dala od szlaków wodnych i niezamieszkałych, jest doniosły właśnie ze względu na jego oddźwięk w społeczeństwie chińskim.)

O cóż z grubsza chodzi?

Wszystko zaczyna się od tego, że rząd japoński, od lat w rozsypce z powodu światowego kryzysu (podczas ostatnich 3 lat w Japonii sprawowało władzę już kilku różnych premierów), w wiecznej gorączce przedwyborczej, decyduje się załagodzić niezadowolenia społeczne za pomocą „tematu zastępczego” i postanawia zagrać kartą narodową — hegemonii terytorialnej. Najpierw pada na Rosję i wyspę Kunaszyr (tę, którą, w celu podkreślenia przynależności do Rosji, odwiedzał prezydent Rosji, Dmitrij Miedwiediew). Są niesnaski z Koreą Południową, wreszcie z Chinami.

Japonia nie jest jedynym państwem, które w takie spory wchodzi — właściwie prawie każdy kraj z dostępem do oceanu, od Australii po Amerykę, ma jedną, kilka lub nawet kilkanaście takich spornych terytoriów. Kłótnie załatwiane są różnie — czasem polubownie, czasem w postaci prężenia sił (jak było z wysepką Miedwiediewa), prawie nigdy zbrojnie (chociaż i tak bywało, np. w 1982 r., gdy Margaret Thatcher odbiła Argentynie Falklandy). Walki o wysepki nie zawsze są też walką państwa przeciw państwu. Czasem „wrogiem” jest sama woda. Pamiętam zwłaszcza jeden taki przypadek: gdzieś pośrodku oceanu wystawała wysepka (nie ważne już, czyja), która wyróżniała się tym, że miała średnicę zaledwie kilku metrów. Niemniej było to oficjalne terytorium państwa, a zgodnie z prawem wszystkie wody w promieniu 60 km od lądu uznawane są za wody przybrzeżne. Zatem było o co się bić — a trzeba było bić się, bo wysepka pod wpływem podnoszących się wód zaczęła tonąć... Gdy wyszło to na jaw, natychmiast na wysepkę została wysłana ekipa budowlana, która umocniła teren, całkowicie obetonowała wystający z wody „wierzchołek” i otoczyła go wałem z żelbetonowych „kotwic”. Zadaniem wału było dodatkowo chronić wysepkę przed falami, które mogłyby wypłukać piasek spod betonu, bo wówczas ten beton też mógłby zatonąć... (Co jest w wodach przybrzeżnych „Wysp Poławiania Ryb”? Oficjalnie nic, istnieje jednak podejrzenie — naukowców z lat 60-tych — że pod dnem jest ropa, może również gaz.)

Właściwy spór Japonii z Chinami o Diào Yú Dǎo zaczyna się tak:

Są bezludne wyspy, o których w Chinach od dawna nikt nie słyszał, gdy pewnego dnia, dobija do nich grupka chińczyków (rybaków i studentów-badaczy z Hong Kongu). Ledwie jednak stawiają pierwszy krok na brzegu, zostają pojmani przez straż przybrzeżną Japonii. Już w dzień po tym incydencie, w chińskim radiu i telewizji nie mówi się o niczym innym jak o Wyspach, i nie mówi się o „Wyspach Poławiania Ryb”, ale o „Chińskiej Republiki Ludowej Wyspach Poławiania Ryb”. W studiu prognozy pogody, na mapie ChRL, obok Tajwanu, pojawia się malutkie kółeczko — pogodynka, podając dla każdej prowincji Chin aktualną temperaturę, poziom zachmurzenia, dokładną godzinę występowania opadów, itd., recytuje równie wyczerpującą prognozę dla „Chińskiej Republiki Ludowej Wysp Poławiania Ryb” (gdzie, przypomnę, po pojmaniu rybaków, nie ma żywej duszy, która mogłaby chować się przed deszczem).

W czasie tego medialnego kontrataku, Japończycy wysyłają na „swoje” wody całą flotę nowoczesnych statków patrolowych (straży przybrzeżnej, nie armii). Konflikt z dnia na dzień zaognia się, w kierunku statków chińskich padają „strzały ostrzegawcze”, i w ogóle zaczyna pachnieć wojną, co odbija się w newsach na całym świecie. Niepokoi się nawet moja babcia, szczerze obawiając się tego nowego konfliktu sino-japońskiego, zwłaszcza, że Szanghaj, gdzie mieszkam, byłby pewnie pierwszym frontem ewentualnego starcia... Wszyscy podśmiewają się z babci, a niesłusznie — bo babcia pamięta II Wojnę Światową, i pamięta, że Wojna toczyła się nie tylko przeciwko Berlinowi, ale i przeciwko Rzymowi i Tokio. Chińczycy pamiętają to aż za dobrze...

— Widzisz, bo Hitler... — mówi przy objedzie Wujek Lang. — Hitler wszedł do Polski, zabił tylu ludzi, ale Niemcy tego nie negują. A Japończycy? Do niczego się nie chcą przyznać. To źli ludzie.

Rozważam to, co powiedział.

Dopiero co byłem w Niemczech. W samym centrum Berlina przechadzałem się surowym lasem stel — pomnikiem holokaustu — a na ścianach parlamentu oglądałem film, który ukazywał historię Reichstagu — także z tych kilkunastu ciemnych lat panowania niemieckich nazistów. Przypominam sobie książki i filmy niemieckie z ostatnich lat (np. niepokojącą „Die Welle” — „Falę” — Dennisa Gansela, z 2008 r., czy „Johna Rabe” Floriana Gallenbergera, z 2009 r.), z których wciąż duża część traktuje o niemieckiej winie. Sztuka niemiecka daje mi odczuć, że Niemcy postrzegają nazizm, holokaust, totalitaryzm jako sprawy minione, które jednak trzeba pamiętać, aby się nie powtórzyły.

Czy podobnie jest w Japonii? — Nie wiem. Wiem tylko, co sądzą o tym Chińczycy, z którymi o tym rozmawiałem:

— Tutaj [w Mandżurii; przyp., tu i dalej — M.B.] okupacja nazistów trwała 12 lat. Do dziś, gdy budujemy jakąś drogę, napotykamy na pola usiane bezgłowymi ciałami...

— Gdy oni je budowali [budynki i grupy budynków lokalnej administracji japońskiej w Mandżurii], zaraz po zakończeniu prac, mordowali wszystkich robotników, żeby żaden chińczyk nie znał planu tych ośrodków...

— A byłeś zobaczyć obóz? Nie? No, to pojedź. Zobacz.

Chodzi o Jednostkę 731, Japoński „instytut badawczy”-obóz zagłady niedaleko Harbinu, gdzie (pod przykrywką jednostki uzdatniania wody), przez cały okres trwania okupacji „naukowcy japońscy” testowali broń biologiczną. (Lista zbrodni dokonywanych w tym obozie jest zbyt długa, by ją przytoczyć, niech wystarczy, że wymienię kilkanaście „zabiegów”, dokonywanych zawsze na żyjących więźniach, często kobietach i dzieciach: zamrażanie nóg w celu badania przebiegu gangreny po ich rozmrożeniu; przeszczepy nóg, lewej na prawą stronę i odwrotnie; usuwanie narządów wewnętrznych, bez znieczulenia, by zobaczyć, jak ciało poradzi sobie bez nich; testowanie nowych broni konwencjonalnych, takich jak miotacze ognia, granaty, rozpylacze zarazków, gaz; wstrzykiwanie wirusów chorób wenerycznych, dżumy, zakażanie wąglikiem, cholerą, wpuszczanie do pomieszczeń więźniów zakażonych pcheł; wieszanie do góry nogami, by ocenić, kiedy ofiara się udusi; napromieniowywanie promieniami X, wstrzykiwanie powietrza w żyły, wstrzykiwanie końskiej uryny w nerki, podgrzewanie, odwirowywanie w centryfudze, umieszczanie w komorach z wysokim ciśnieniem — wszystko to, by ustalić ile czasu upłynie, nim ofiara umrze).

Komory gazowe w obozach japońskich (piszę w obozach, bo „jednostek uzdatniania wody” było kilka), bardzo różniły się od tych, budowanych przez niemieckich nazistów w Auschwitz. Niemcy wrzucali granulki emitujące gaz przez otwory w dachu, w drzwiach był tylko zasłonięty klapką lufcik, by przed otwarciem sprawdzić, czy ofiary rzeczywiście nie żyją — tak jakby administracja Hitlera obawiała się, że widok umierających w męczarniach więźniów mógłby wzbudzać w żołnierzach niemieckich odruchy litości, deprymować ich morale i podkopywać ślepą wiarę w ideologię III Rzeszy. Jeśli założyć, że takie obawy mogłyby mieć wpływ na budowę komór, to można również przypuścić, że cesarz Japonii podobnych obaw nie podzielał — komora gazowa w wersji Japońskiej była pomieszczeniem za szeroką, kuloodporną szybą, po jednej stronie której, w środku, ginęli chińscy więźniowie, gdy po drugiej, ubrani w kitle Japończycy, notowali ile czasu zabiera to umieranie, kiedy ofiary zdają się ślepnąć, kiedy wymiotują, jak szybko ustają ich funkcje motoryczne... Japończykom nie chodziło o zabicie więźniów, ale o przetestowanie gazu — dostarczanego codziennie w innej mieszance — po zabezpieczeniu Chin czekała przecież inwazja na Rosję, która aż po Ural — granicę z III Rzeszą — miała być Japońska.

Co na to Japończycy? Przyznają się do obozu, ale Sąd Najwyższy Japonii uznaje, w 1997 r., że brakuje podstaw do wypłaty reparacji... A pola ciał bez głów? Bywa, że komentarz Japoński brzmi: „To nie my — to Rosjanie...” (Rosjanie okupowali część Mandżurii przed Japończykami. To okupacja Rosyjska zresztą przyniosła pierwszych osadników z Japonii, którzy dzierżawili ziemię od Rosjan, w czasie okupacji japońskiej kolaborowali z nową władzą, a po wojnie gorzko wypowiadali chińczykom „wypędzenia”).

— Poza tym — mówi Chen, jeden z moich znajomych — Niemcom po wojnie się dostało. Płacili reparacje wojenne [chociaż nie Polsce], byli marginalizowani, a Japończycy się wycofali — cesarz Shōwa [Hirohito] nie tylko nie abdykował, ale rządził Japonią aż do śmierci [w 1989 r., po wojnie oficjalnie przyznał tylko, że nie jest synem Bożym; wcześniej, rodzina cesarska uważana była w Japonii za rodzinę poczętą w starożytności przez Bogów, a cesarz, podobnie jak egipscy faraonowie, cieszył się statusem człowieka-Boga]. Teraz Japonią rządzi jego syn [cesarz Akihito, ur. 1933] — czy w Europie zaakceptowalibyście dziś syna Hitlera jako kanclerza Niemiec?

Wyspy Poławiania Ryb... A może tam chodzi o coś innego niż ropa?... Odkryte w XIV wieku przez chińczyków, zostają podbite przez Japończyków w 1895 r. (podczas pierwszej wojny sino-japońskiej). Po klęsce Japończyków w 1945 r., administrowane są przez Amerykanów, a w 1972 r. oddane... Japonii. Przypomnijmy, że na mocy Deklaracji Poczdamskiej z 1945 r., której postulaty Japonia uznała, podpisując w r. 1951, odwołujący się do Deklaracji Poczdamskiej, Traktat Pokojowy w San Francisco — traktat, na którego uchwalenie alianci nie zaprosili ani przedstawiciela Chin, ani Tajwanu — Wyspy Poławiania Ryb powinny były wrócić pod kuratelę Chińską (albo Tajwańską — tu spór też niezażegnany). Nie wróciły, bo po wojnie zadziałały prawa wielkiej polityki, daleko silniejsze, niż żądza ropy — oto Chiny, otoczone na północnym-wschodzie przez Rosję (sojusznika amerykanów przeciwko Pekinowi), na wschodzie przez zmuszoną do posłuszeństwa Japonię, a na południu przez Indonezję, Filipiny, Wietnam, itd. — gdyby nie Wyspy Poławiania Ryb, nie miałyby w ogóle dostępu do Oceanu. Oznacza to, że kontrola Japonii nad Wyspami sprawiłaby, że w razie ewentualnej wojny chińsko-amerykańskiej, Chiny byłyby zamknięte, a by wysłać na wody międzynarodowe byle okręt, musiałyby prosić o pozwolenie przepłynięcia wód przybrzeżnych niechętnych sobie sąsiadów. Nie dziwi zatem fakt, że w mediach zachodnich nie mówi się nigdy o Wyspach Poławiania Ryb, nazwa „Diào Yú Dǎo” pojawia się zazwyczaj w nawiasie, a oficjalnie pisze się tylko o Japońskich Wyspach Senkaku, do których „pretensje zgłasza Pekin”... Łatwo zgadnąć, że przekazanie władzy nad Wyspami Japończykom, choć musiało być gorzkim kompromisem, było na rękę Stanom Zjednoczonym.

Nawiasem mówiąc, ustępstwa amerykanów wobec Japonii były daleko bardziej idące — już po II Wojnie Światowej, gen. Douglas MacArthur, odpowiedzialny za powojenną okupację i odbudowę Japonii, ułaskawił personel odpowiedzialny za zbrodnie w Jednostce 731 i innych obozach. Ceną immunitetu było przekazanie Waszyngtonowi wyników obozowych „badań”. Umowa została ostatecznie przypieczętowana w 1948 r., Ameryka zyskała 12 lat danych nad bronią biologiczną, których nie mogłaby uzyskać legalnie na zachodzie... a „naukowcy japońscy” zostali puszczeni wolno, przydzielono im pracę w Japonii — w ośrodkach badawczych, instytutach zdrowia, więzieniach, szpitalach... Część z nich do połowy lat 50-tych prowadziła eksperymenty na ludziach (umysłowo chorych i więźniach, infekując ich pasożytami riketsji, wywołującymi ospę riketsjową, tyfus, dur i gorączkę plamistą). Sam dowódca jednostki żył podobno w Stanach (zmieniwszy dane osobowe), gdzie miał prowadzić dla Amerykanów badania nad bronią biologiczną.

Jaki jest stosunek Japończyków do tego problemu — tego również nie wiem. Znałem wielu Japończyków, byli dla mnie bardzo mili, uprzejmi, pomagali mi — co jednak sądzą dziś o Chińczykach? W Polsce, na osiedlu, gdzie mieszkają moi rodzice mieszka Japonka, żona Polaka. Kiedyś odwiedził ją w Polsce jej ojciec. Wiem, że podczas rozmów otwarcie chwalił Hitlera, w wielu sprawach przyznawał mu rację („...bo Japończykom potrzeba miejsca, z ich techniką i intelektem, Azja lepiej by się rozwijała...”). Bogu ducha winny mąż Japonki baczył tylko, żeby nikt nie przetłumaczył nic z tego dziadkowi... Ot, można powiedzieć, opinia jednego, starszego Japończyka — ale co z resztą, co z młodymi?

Rozmowa przy stole coraz bardziej się rozognia. Wujek Lang przytacza kolejne, „szokujące” wypowiedzi polityków Japońskich w sprawie Wysp („O, Niebiosa” — wzmacnia je co chwila jego małżonka). Mniej już z tego rozumiem, bo mówią szybciej, jeden przez drugiego. W końcu wyłączam się kompletnie i jedząc, myślę o samochodach...

A myślę o nich nie przez przypadek, ale dlatego, że, jak dotąd, to właśnie samochody były jedynymi ofiarami odnowionej nienawiści chińsko-japońskiej. O jakie samochody chodzi? Oczywiście o Toyoty, Hondy, Suzuki... Zaraz po incydencie na Wyspach rozpoczęło się w Chinach ciche, pokątne demolowanie aut marek japońskich — najpierw były to tylko lekkie zadrapania, może złamane lusterko, stłuczona szyba, ale potem zaczęły wybuchać spontaniczne demonstracje i Toyoty zaczęły płonąć. Na niewinnych właścicieli samochodów japońskich (tzn., zdaniem podpalaczy, właśnie winnych — poprzez sam akt kupienia produktu japońskiego) padł blady strach, zaczęli więc równie spontaniczną akcję ochronną. (Bojkot produktów „wrogiego” państwa jest dość uniwersalną odpowiedzią na akt, który społeczeństwo uznaje za „wrogie”. Podobnie było w USA po tym jak Francja odmówiła udziału w inwazji na Irak — amerykanie przestali kupować francuskie wino, przemianowali frytki — french fries [„francuskie smażonki”] — na „freedom fries” [„smażonki wolności”], a wojsko amerykańskie przestało kupować wodę Evian...)

Jadąc przez miasta Mandżurii, widzę na Toyotach naklejki z czerwoną flagą Chin, podpisane hasłami w typie (cytuję): „Samochód jest japoński, ale serce należy do Chin”. Są też dłuższe teksty, zawsze na czerwonym tle, gdzie tłustym drukiem powtarza się wciąż fraza: „Chińskiej Republiki Ludowej Wyspy Poławiania Ryb”. Szybko powstaje specyficzny, żyjący z kierowców Toyot, biznes — przyczepki z flagami Chin (do przyklejenia po dwie z tyłu, na dachu), nalepki do umieszczenia pod napisem „Toyota” (odpowiedniej długości), wreszcie naklejki, którymi, jeśli zawinąć je w odpowiedni sposób, daje się zupełnie zakryć znak dwóch splecionych owali Toyoty na masce z przodu, felgach, bagażniku...

W Chinach, jak niegdyś w Europie, ulice często w sposób naturalny, przez nikogo niekontrolowany, dzielą się na branże i cechy. Na tej ulicy są — dajmy na to — tylko salony fryzjerskie, na tamtej, tylko warsztaty samochodowe, na jeszcze innej — w rządku wszystkie banki. W Szanghaju istnieje uwielbiana przeze mnie, magiczna ulica, na której mieści się kilkadziesiąt sklepów i salonów z instrumentami muzycznymi. W Harbinie natomiast ciągnie się też, oczywiście, ulica dilerów samochodowych, gdzie salony mają wszystkie większe marki zachodnie i azjatyckie. Jadąc tą ulicą, widać, że w salonach Volkswagena, Peugeota czy Buicka interes kwitnie. Natomiast za szklanymi ścianami budynków Toyoty czy Hondy stoją tylko samochody — kupujących nie ma. Pobudzeniu sprzedaży nie pomagają wzniesione naprędce przed wejściami maszty z chińskimi flagami (przy Toyocie dwa słupy, dwie flagi), nic, że podświetlany, monolityczny filar z marką firmy, informujący z daleka, że jest tu salon Toyoty, jest zaklejony do połowy czerwoną płachtą z wydrukowanym na niej tekstem potępiającym japońskie pretensje do Wysp, nic też, że same budynki salonu obwieszone są czerwonymi transparentami — wszystko to na nic — w Chinach, kraju o liczbie ludności sięgającej miliarda i trzystu milionów, gdzie jeszcze niedawno wydawało się, że co drugi samochód na ulicy, to Toyota (a co drugi, to Volkswagen), dziś nikt nie chce Toyoty. Właściciele salonów mogą tylko czekać, mieć nadzieję, że to minie — może też, jeśli starczy im funduszy, zawiesić nad wejściem kolejny czerwony transparent...

Takie czerwone transparenty to w Chinach codzienność. Wiszą wszędzie — na sklepach, na budowach, w oknach biur. Jest to „propaganda” rozwieszana przez różnego rodzaju komitety (spontanicznie, nie, ponieważ rząd tak kazał). Wyróżnia się tym, że nikt nie zwraca na nią uwagi (teksty typu: „Wesoło do pracy, bezpiecznie do domu”, „Po pierwsze zdrowie naszych pracowników”, „Dbaj o higienę, myj owoce przed jedzeniem”, „Lepsze miasto, lepsze życie”, „Razem ku przyszłości, na wspólnej drodze życia, serce w serce”, itp.). Jest to zawsze taki sam rząd czarnych liter, wydrukowanych na długim, czerwonym transparencie z poliestru, który można tanio zamówić w każdym punkcie „Ksero — Wizytówki — Kamienne Pieczątki”...

I właśnie — transparenty te można zamówić naprawdę tanio. Tymczasem na ulicach Harbinu pojawiają się „propagandy” pisane ręcznie — czerwona farba nacieka niczym krew na pożółkłych, wyciętych najprawdopodobniej ze starych prześcieradeł, lnianych wstęgach... Jak bardzo musiało zależeć ludziom, którzy je rozwiesili, na tym, żeby powiedzieć, że Wyspy Poławiania Ryb należą do Chin? Jak bardzo musieli być niecierpliwi, że nie potrafili wyczekać do poranka, by je sobie wydrukować? Ponad wszystko też, jak bardzo osobiście podchodzą do tego tematu, że nie zadowolił ich druk, że czuli się w obowiązku własnoręcznie wyrazić to, co sądzą, co czują? (Oprócz ręcznie pisanych wstęg są jeszcze portfele z wybitymi hasłami o Wyspach, są ekrany LED — często przy restauracjach — i tylko te restauracje wypełnione są po brzegi...)

Potem myślę, że może hasła na tych transparentach były zbyt dosadne i ich wydrukowania odmówiono? Czuję, że rządowi chińskiemu (choć potępiają Japończyków, obruszają się, itd.) nie zależy na podsycaniu nienawiści do niebezpiecznego poziomu. W prowadzonych rozmowach słyszę krytykę tego, jak rząd prowadzi sprawę Wysp. Chińczycy domagają się bardziej zdecydowanych działań, wysłania wojska, zbrojnej obrony — choćby i miało to zaszkodzić międzynarodowemu wizerunkowi... Jest to doniosłe — w ciągu 3 lat tutaj, jest to pierwsza krytyka rządu, jaką z ust chińczyków słyszałem...

Opieszałość Pekinu w sprawie Wysp Poławiania Ryb to jednak wyjątek. W sprawie innych wysp rząd ChRL wykazuje się inicjatywą i sporą aktywnością. Niedawno widziałem w chińskiej telewizji oddanie do użytku, wybudowanego „od zera” miasteczka Sān Shā (三沙;Trzy Piaski) na wyspie Yǒngxīng (永兴岛; Yǒngxīng Dǎo). Sān Shā, założone oficjalnie 21 czerwca 2012 r., to najmniejsze miasto w Chinach (13 km², liczba mieszkańców: 444), ale posiada status prefektury, zatem właśnie stąd administruje się pozostałymi, jeszcze mniejszymi wysepkami archipelagu Wysp Paracelskich, a ponieważ wysepek tych jest sporo, z Sān Shā zarządza się olbrzymią połacią wód przybrzeżnych (2 miliony km²). O wysepkę, jak i o cały archipelag, wciąż aktywnie spiera się z Chinami Wietnam. No, ale teraz jest tam zamieszkałe miasto — jest ratusz, małe lotnisko (część pasa startowego wystaje w głąb morza na sztucznie wybudowanym „półwyspie”), port, klinika, supermarket i obserwatorium. W budowie są hotele, przygotowywane kąpieliska — wre praca, by już niedługo można było gościć letników (czy raczej „zimników”, bo klimat w tym miejscu jest cieplejszy niż na Karaibach, przez co złote, piaszczyste plaże, palmy, szmaragdowe wody — słowem, raj na ziemi — warto odwiedzić raczej zimą — w styczniu i lutym, kiedy jest pysznie gorąco — nie, podczas zdradliwych letnich skwarów). Tym samym spór o wyspę przycichł (choć nie wygasł) — nikt nie ośmieli się zajmować wysp, które są zasiedlone.

Wypada w tym miejscu przyznać, że Japońskie pretensje do wysp nie zawsze są całkiem nieuzasadnione. By wspomnieć znów rosyjskie Kuryle, które rdzennie, do schyłku XVIII w., były Japońskie, a od 300 lat raz Japońskie, raz Rosyjskie, lub też dzielone na pół, Japońskie na południu, Rosyjskie na północy. Taki podział Kuryli Rosja i Japonia usankcjonowały wspólnie, ostatecznie w 1855 r. W 1875 r. Japończycy odzyskali cały archipelag, w zamian za oddanie Rosjanom pełnej władzy nad Sachalinem (dużą wyspą, o długości prawie tysiąca kilometrów). Może by tak i zostało, gdyby nie wojna japońsko-rosyjska, w której Japończycy odbili znów część Sachalina. Ostatecznie Kuryle stały się monetą przetargową w Jałcie — alianci obiecali je Rosjanom w zamian za pomoc w walkach z Japonią (co jeszcze obiecano Rosjanom w Jałcie, wszyscy wiemy). Teraz zarówno cały Sachalin jak i Kuryle, są rosyjskie. Zwrotu połowy Kuryli Japonii, domagają się Amerykanie (od 1952 r.) i Unia Europejska (oficjalna rezolucja z 2005 r.).

No, ale Kuryle też są zamieszkałe (przez Rosjan), istnieje tam sieć miasteczek, portów, lotnisk... A Wyspy Poławiania Ryb są bezludne — dlaczego Chińczycy ich nie zabudowali? Podobno dlatego, że istniało nieoficjalne porozumienie japońsko-chińskie o ich wzajemnym nietykaniu (umowa z czasów Mao, gdy Chiny i Japonia starały się poprawić wzajemne relacje) — pewnego rodzaju równowaga sił, oparta na obawie wzajemnej prowokacji, można by rzec, zimna wojenka Japonii(-USA) i Chin... Jeśli tak było, dlaczego teraz przerywać status quo? Po co wywoływać duchy II wojny światowej?

Staram się to wszystko zrozumieć — żaden ze mnie historyk i nie mnie przypada przydzielanie wysp — potrafię jednak wyobrazić sobie, że jakiekolwiek terytorialne roszczenia Japonii wobec Chin muszą boleć chińczyków niczym sól sypana na wciąż świeżą ranę. Widzę też, że cały spór nie pomoże ekonomii Japonii, która by się podźwignąć, potrzebuje nie tyle właśnie „pomocy”, co po prostu niczym nieutrudnionej sprzedaży wciąż świetnych produktów. Wszystko to rozumiem — tak — ale odpowiedź na podstawowe pytanie — „po co?” — wciąż mi się wymyka.

Próbując przybliżyć polskiemu czytelnikowi ten problem odległej bądź co bądź Azji, przytoczę anegdotę o tym, co mi się przytrafiło, gdy mieszkałem w Wielkiej Brytanii (gdzie przez trzy lata studiowałem kompozycję muzyczną):

Otóż w Yorku odbył się właśnie koncert sławnego wiolonczelisty, który grał m.in. moją muzykę, i poszliśmy wszyscy razem — sam wirtuoz, władze wydziału i ja — na uroczystą kolację (do chińskiej restauracji). Podczas posiłku najpierw przez jakiś czas grzecznie rozmawialiśmy, ale potem padło, oczywiście w moją stronę, nieuniknione, postawione z uprzejmości pytanie — co też jest w Polsce wartego zobaczenia. Opowiadałem w miarę krótko, bo właściwie nikt nie był naprawdę zainteresowany. Wirtuoz milczał, kiwał głową, gdy nagle — a wspomniałem właśnie o Wrocławiu — ożywił się i przemówił: „O, wiem, to to niemieckie miasto, gdzie mieszkał Brahms!”... Cóż miałem zrobić? — znowu dałem się wciągnąć w śmieszność (o której tak często pisał Gombrowicz), jaką jest tłumaczenie obcokrajowcom polskiej historii (że nie „Posen” tylko Poznań..., że Oświęcim to obóz niemiecki..., że w Jałcie..., że Curie, że Conrad, że... — no no, o tym wszystkim to może aż nie mówiłem...). Po twarzach dokoła widziałem, że nie bardzo mi wierzono, i w ogóle wyczuwałem w biesiadnikach rosnące uczucie niesmaku. Wyobrażam sobie, co wtedy myśleli — oto znów Polak, zamiast być uprzejmy, oskarża wszystkich sąsiadów... Wróćmy jednak do Chin.


Dzień trzeci.

Do Harbinu wracamy autostradą — szeroką, gładką, na miarę autostrad niemieckich. Tuż po wjechaniu na prostą, zatrzymujemy się na poboczu — Wujek Lang (który wymusił na nas, by osobiście odwieźć nas do Harbinu), znów wyskakuje odkręcić tablice. Odcinek, którego przejechanie autobusem zajęło nam ponad 6 godzin, teraz pokonujemy w niecałe 2 i pół, jadąc równo 190 km na godzinę. Co jakiś czas błyskają nam w twarze automaty, robiące zdjęcia, znacznie częściej jednak, z jeszcze większą prędkością niż nasza, mijają nas anonimowe, pozbawione tablic samochody. Dopiero dojeżdżając do Harbinu, znów się zatrzymujemy, by przykręcić tablice z powrotem. Wokół nas krzątają się inni kierowcy, którzy robią to samo. Niektórzy zamiast przykręcać i odkręcać tablice, wożą ze sobą odpowiednich rozmiarów, nieprzezierne nalepki. Nakleiwszy je przed wjazdem na autostradę, teraz jednym, zamaszystym ruchem je zrywają...

I już po wulkanach. Minęły niecałe 3 dni. Moja tykwa do herbaty wciąż jest fioletowa (jest fioletowa do dziś), i tylko na ulicy pod moim oknem nie ma sprzedawcy kleiku, bo został przepędzony. Zamiast niego, dokładnie w miejscu gdzie stał jego „taczkowóz”, jest samotny lej — ostatni po Kurylach krater wycieczki (piszę „po Kurylach”, bo większość spornych wysepek to także wulkany). Spoglądam na niego z mojej zaimprowizowanej pracowni — głęboka dziura ma średnicę ok. dwóch metrów (wykopała ją najprawdopodobniej ekipa budująca „aleję fortuny” — podziemne centrum handlowe). Potem mój wzrok wędruje dalej — na tę ulicę pełną straganików z owocami, skarpetami, rybami..., pełną uprzejmego handlu, targowania się, ludzi szukających drobnych w portfelach. Na ulicę spokojną — tak — ale nie wygasłą! Nie jestem w stanie dostrzec z okna, lecz, kto wie, może także na tych portfelach wybity jest zarys bezludnej wysepki...

Wzrok męczy mi się i przymykam powieki. Przed zamkniętymi oczami wciąż jednak pojawiają mi się wspomnienia z wycieczki. Usilnie powraca zwłaszcza jedna scena, z dnia poprzedniego: Już najedzeni, jedziemy w ciszy do hotelu, gdy nagle z odrętwienia wyrywają mnie okrzyki zdumienia. Wyciągnięte palce wskazują na jeden z mijanych budynków, na pierwsze piętro — okno czyjegoś mieszkania. Właściciel zainstalował w nim panel LED, na którym przewija się takie oto hasło: „Choćby i ziemię ojców miały usłać nasze ciała, nie spoczniemy, dopóki nie wybijemy do czysta (杀光; shā guāng) Japończyków”.


Szanghaj, 10 Listopada 2012

 

 

Chcesz być powiadamiany, gdy dodam kolejne eseje?
Zapisz się do Poczty MSP.

 

 

     
Marcin Banasik, kompozytor i pisarz. Eseje Marcina Banasika.
Marcin Filip Banasik

Moja powieść — Mądrość, Siła i Piękno
w formie czytanej:

Posłuchaj za darmo w dziale Audio...


Jeśli podoba ci się moja strona,
wspomóż mnie drobną darowizną.

PayPal — szybko i bezpiecznie.
Co stanie się po naciśnięciu przycisku?

 


Szybka Nawigacja:


 

 

  Marcin Filip Banasik — Poezje  

     
Kypris


     Marzę o twarzy ułożonej z cieni,
     ponieważ na atłasach,
     wiecznie milcząca,
     zachęca, by przypisać ustom Słowa.

     Wsłuchany,
     stałbym się kwiatem i uwierzył,
     jak uwierzyli ludzie w Starca z obrazka
     — że istnieje.

 

Marcin Filip Banasik — Poezje  

Antypolonizm

Dziś znowu wracałem do domu,
opluty zagraniczną śliną.

W oknach trzy zbite szyby,
a sąsiadka skwierczy,
że jej podkradam kamienie.

Bo nie jestem czarny,
to jej wolno.


Nigdy jej nikt nie powiedział,
więc się też jeszcze nie zorientowała,
jak to brzydko.

Ale... któż jej to powie?

Wspomnij im antypolonizm,
a zbędą cię uśmiechem.

polakom na zachodniej emigracji

  Marcin Filip Banasik — Poezje  

Pataj, Pataj, jadą Artyści...

Pataj, Pataj, jadą Artyści
na koniach bez jednego kopyta.

Cóż tam, że konie niezgorsze,
jak trzykopytne?
Na co te trzy nogi gibkie,
gdy czwarta krótsza?

(Co poniektórzy Artyści
chcieli się przesiąść na krowy,
jednakże było to sprzeczne
z regulaminem.)


I tylko Haendel...

Tak na nich patrzył.


Ale Artyści nie szkapy,
wyścig tuż, tor zamówiony,
nie od parady im chyba,
zwisają przy pasach dyplomy?

Więc odtąd nie tylko „Pataj”,
bo zawezwano:
figur retorycznych moce,
inwersję, raka,
lustro i święte A B A.
Od greckich stóp zacuchnęło
w warsztacie
(Artyści, choć brak im czwartego kopyta, mają warsztat),
i już
— Patajpapa, Tajpapapa, Tajpapataj, Papapataj... —
patajszkapy w swoich boksach,
gotowe, by się do mety dohopsać.


I tylko Haendel...

W ostatnim boksie,
z tym jednym, brakującym kopytem.


Wtem strzał
— ruszył pęcin przekładaniec —
za króliczkiem pląsnęły ogiery,
a klacze na nogach trzech i na kolanie
skoczyły w zauczonego flamenco
tupanie:
Papa w lewo, Taj do tyłu,
Tajpa, w przód, ale koślawo...,
tryptyk nożny — „Pa, Pa, Pa”,
sonata na Taj,
fuga na Pataj,
...


I tylko Haendel...

Prosto do mety,
— |ta Ta   ta |ta Ta      |ta Ta  tata|ta Ta      | —
na to jedno kopyto
— tak —
ale, proszę państwa,
cóż on miał za kopyto!!!...

 

  Marcin Filip Banasik — Poezje  

(posłuchaj nagrania do wiersza, kliknij tutaj)

Homo Sum

Jestem Człowiekiem.

Świat należy do mnie.

Świat do mnie przynależy.


Nie ma rzeczowników:
„imigrant”, „cudzoziemiec”, „obcy”.

Kto mówi:
„Niemiec”, „Anglik”, „Rosjanin”;
— jest zły.


Nie ma przymiotników:
„tutejszy”, „rodzimy”, „swój”.

Kto zaprasza:
„do siebie”, „w gości”, „w odwiedziny”;
— jest zły.


Nawet ten, kto mówi:
„Jestem Polakiem”, „Jestem z Polski”;
— jest zły.


Jest tylko Człowiek.

Jest tylko Świat Człowieka.

Tylko ten, kto mówi:
„Jestem Człowiekiem”, „Jestem ze Świata”;
— może być dobry.


Tylu złych ludzi na moim świecie.

 

 

 

 

 

 

 

CYTAT MIESIĄCA:

Cytat Miesiąca z książki Marcina Banasika — Mądrość, Siła i Piękno. "Są pośród was mędrcy, lecz brak im siły. Siłacze, którym brak mądrości. W każdym z was jest piękno. Lecz muszą być razem — Mądrość, Siła, Piękno — muszą być jednym".