MĄDROŚĆ, SIŁA I PIĘKNO WSZYSTKIE PROJEKTY ARTYSTYCZNE MARCINA BANASIKA

 
  START MARCIN BANASIK SKLEP  
  Eseje    
       
Marcin Banasik — Grafiki
Marcin Banasik, Drozdek Samotny, Grafika

"Drozdek Samotny"
rys. Marcin Filip Banasik

Zobacz w wyższej rozdzielczości (kliknij tutaj)

    “Są pośród was mędrcy, lecz brak im siły. Siłacze, którym brak mądrości. W każdym z was jest piękno. Lecz muszą być razem — Mądrość, Siła, Piękno — muszą być jednym”.
      Vincent

Tak oto, słowami Vincenta, wprowadzam was w świat Mądrości, Siły i Piękna, książki, o której trudno mi mówić inaczej, jak właśnie poprzez cytaty. Zawsze uważałem zresztą, że mówienie o książkach, używając formuł wulgarnych, takich jak streszczenie, jest nieuprzejme wobec przyszłego czytelnika (przynajmniej ja w obliczu streszczenia zawsze czułem się nieswojo). A że wszyscy bez wyjątku ludzie, których cenię, a z którymi o tym rozmawiałem, zwierzali mi się, że czują podobnie, postanowiłem książkę przedstawić, mówiąc o niej mało lub wcale. Zadanie karkołomne, no, ale spróbujmy.

A najpierw powiem Wam dla kogo ja tą książkę napisałem.

Witold Lutosławski mówił (ale nie tylko on, bo i w światku literackim zachodu formuła ta się pojawia), że warto jedynie pisać dla siebie. Że o innych on nie może wiedzieć, ani też tym bardziej mieć nadziei, by ich wszystkich zadowolić. Trzeba więc pisać tak, by zadowolić siebie, a być wybrednym, nie tak łatwo pozwolić się sobie podobać, a już się zadowoliwszy, mieć tylko nadzieję, że się choć jeden słuchacz znajdzie. Ja, głęboko przejęty nauką mistrza Lutosławskiego, swoją książkę też napisałem dla siebie. Przeto starałem się stworzyć takie formy, tak odtworzyć rzeczy, tak wyrazić przeżycia, by to mnie one zachwycały, mnie wzruszały, to mną wstrząsały... I żeby były mądre, pełne siły, piękne — tak — ale i nie nudne!

     “Ludzie będą ci tłumaczyć, wielu z nich, że człowiek to ten, co chodzi do teatru. Że to jest warunkiem, nie to, że je i pije, boć i krowa to robi. Więc i czyta, i maluje, i w ogóle robi wszystko to, co mu do głowy przyjdzie pod jednym warunkiem, mianowicie: że jest to bezużyteczne. "Spędzać czas na tym, co niepotrzebne, to właśnie znaczy być człowiekiem". Tak ci powiedzą, zobaczysz, może trochę innymi słowami. Pamiętaj, to są osły, nie ludzie i z człowieka chcą zrobić osła. Ja, zawsze kiedy to słyszę, myślę, że i kot, co to, zanim zeżre mysz, podrzuca ją przez dobre pół godziny, i ten kot ma w sobie coś ludzkiego. Ale nas nie interesuje definicja kota czy osła, tylko człowieka. Więc czym jest ta definicja?”
      William

Zatem jest posiadłość Oostvierkantów, jest mały Vincent, i Anton, później William. Wszystko się pięknie odbywa, obawy chłopca znikają, a szczęście zdaje się być koniecznością... i tylko gdzieś pod skórą powoli pęcznieją skrywane węzełkiem krawatu wole pełne żółci.

Jest misja tajemna, o której się nie mówi. A skoro jest misja, jest też i wróg misji — "jest go wiele, mnogość, i sam siebie nie zna".

Z tym wrogiem jest walka, starcia, triumfy i upadki. Raz się szala przechyla w jedną, innym razem w drugą stronę. A czy jest zwycięstwo, tego wam nie powiem. Nawet nie dla tego, że nie chcę.

    “Ale nie utraciłem godności, Świecie. Jeszcze nie. Nigdy. Przez tę godność jestem wolny i dlatego cię przeklinam. Ja, ziarenko, kryształek soli w twoim oku. Przeklinam twoją wydajność, twoją słuszność, twoją stateczność. (...) Nazwij mnie dumnym, ale wstydź się. Będziesz musiał się wstydzić za mnie, gdy stąd wyjdę i wejdę w ciebie, który nosisz maskę, a skrywasz twarz. Ja mam twarz niepodobną do twojej i do żadnej innej; ja ci ją pokażę. Czy nie drżysz? Ty plujesz na mnie? Na mnie?! Ja też cię opluję, przeklęty, wstrętny, obmierzły. Mnie nie ma, umarłem — nie było mnie, a jestem! Jestem! Tym, co nie istnieje, a co można widzieć. Jestem pędem, upadkiem i wyobraźnią, zrozumieniem, swobodą, autonomią i mam cel. A ty jesteś tylko światem. I nie masz celu”.
      Anton

Pocóż zresztą wychodzić na zewnątrz i poza Domem szukać wroga? Kiedy on jest tuż, po wewnętrznej stronie murów?

On jest tu i jest innością, przeciwieństwem, odmienną postawą wobec świata.

Jakże wdawać się w boje w odległych krainach, kiedy trzeba dzień w dzień znosić jego zapachy, jego pomięte garnitury, jego włochate filiżanki...?

     “Ja ci to powiem, bo ja już nie chcę zgody. Powiem ci to, bo choćbyś nie wiem jak wierzył i przekonywał siebie, że masz misję i przez to jesteś lepszy niż inni, nie jesteś. Ty nie możesz mnie dostrzec nie ze względu na mnie, ale dlatego, że nie jesteś zdolny, by traktować serio kogokolwiek, jednego chociażby cudzego życia. Bo mógłbyś stracić zadowolenie, ba! samego siebie, swoją podstawę i sens. A wiesz co nim jest, bracie? Twoim sensem? Nie? To jestem ja! Ja! Tylko ja! Kim byś był, gdybyś nie mógł być inny niż ja?”
      William

Gdy ty wiedziesz życie w mniszej ascezie, on prześciga się w rozpasaniu. Gdy po twojej stronie porządek, on swoje rzeczy rozrzuca. Na ton twój łagodny — jego rechot świński.

A wcale nie po cichu! Za to z bufonadą, przypiętym do piersi pstrokatym kotylionem — najlepiej z towarzyszeniem barokowej trąbki.

Czym dla niego są twe święte miejsca — tego mu nie powiesz? Chociaż krew ta sama, choć kiedyś, dawno, dawno, musiała być zgoda?
Nie powiesz, prawda? — ty tylko w samotności, sam ze sobą, wobec siebie, w odosobnieniu jedynie możesz wyznawać swe słodkie religie.

     "...a muzyka (...) Ona szuka prawdy świata, nie tego, który nas otacza, ale uniwersum abstrakcji, uniwersum a priori. Ona jest językiem wspólnym, człowieczym, ostatecznym medium, eksperymentalnym dialogiem, kultywowaniem w sobie zrozumienia prawdziwego siebie, poezją niespisaną, która sama siebie czyta. Ona jest wszechświatem prawdziwym, nie maską, nie iluzją, nie kłamstwem, nie transcendencją. Tam gdzie Ona im się zdaje, Ona jest. O królewski sekrecie, która jesteś materią i przyczyną, stwarzana samodzielnie przez szaleńców, którzy nie są szaleni, o boska potencjo, skłaniaj mnie dalej, ku człowiekowi i rzeczy. I ku idei. Podążę za tobą, wszędzie — ja oddam ci czas — i tam zamieszkam — ja oddam ci świat — zmuś mnie do siebie — dam wszystko! — bym tylko Ciebie oglądał, bym chłodnym dotykiem dosięgał piękna, i by ów chłód stał się czystą Tobą".
     Anton

Lecz na twoją modlitwę, on ma swoją. A wraz z modlitwą, ma też filozofię. I ta filozofia jest prosta, domknięta, byłbyś ją sam ukochał, gdyby była twoją.

Fragment z Williama:

“– Hi-po-te-zy, in-ten-cje, in-tu-i-cje. – Rozpościerał ramiona, a farba rozpryskiwała się na wszystkie strony. – Ale nie te reumatyczne, fe, precz z nimi, niech sczezną, niech się pogrzebią. Tylko te intuicje antyczne, w których zadanie analizuje rozum i logika, mówię ci, a także i te moje, własne intuicje, mój projektor, moje najcenniejsze światełko. Trzeba zadbać na samym początku – to bardzo ważne, wielce też poważne —  żeby — to jest williamizm — zajmować się tylko czymś, co nie ma sensu. Ach, najsłodsiejsza ignorancjo... Ooo, chaosie, o święta magmo... Tyś abstrakcją skromną, o nieokreśloności nasza...
Podśmiewał się dziko pod nosem. Drapał brudnym od węgielków palcem po niedogolonym policzku, potem znów poważniał i ze zmrużonymi w napięciu powiekami stawiał nowe kreski.
Williamizm — cóż bardziej było pociągającego: nie, co inni stworzyli, wyznawać, ale własne”.

Mądrość, Siłę i Piękno trafnie chyba zadedykowałem "Mistrzowi mego Mistrza i jego bratu".

Ale nie tylko o braciach tu będzie, ale i o chłopcu. O tym, kim się stanie lub nie stanie (bo, jak to z chłopcami bywa, rosną szybko i stają się jednym z dwóch — dobrym lub złym), to jest wątek najpierwszy.

Vincent...

“Ach, co? kto? Któż powie ci, czym on był?”

...niech opowie Anton:

     “W świetle uchylonych drzwi pojawił się Vincent. Stąpał miękko i na ciemnych płytach posadzki pozostawiał mokre ślady. Powieki miał spuszczone, skryte w cieniu miodowych włosów wijących się splątanymi lokami do ramion i dalej. Prawie już nie było widać spod nich czoła, włosy dawno zakryły chrupkie uszy, lecz... jakże on mógł ścinać tę gładkość? jakże jemu targać się na tkliwość? Nie teraz, nie jeszcze. One musiały ozłacać biel tej twarzy, cień prostego noska, nieprzeniknioną powagę bladych, zaciśniętych ust... Bo tylko one i rzęsy, opadające nisko na szczupłe policzki, zdradzały, że on był naprawdę”.

A co czeka Vincenta? Czy tylko te dobre rzeczy? Tego obiecać nie mogę.

"...bo przecież ja już wiem, co się będzie działo".

Dam wam tylko do przeczytania fragment dłuższy, który losowo wybrałem z puli kilkunastu rozważanych...

“Rozległ się zduszony łomot. Dobiegał zza uchylonych, drewnianych drzwi, nadgniłych tam, gdzie nigdy nie pozwolono im wyschnąć. Znów kolejny hałas, i tym razem głosy. Vincent zamarł i przymknął oczy. W jego głowie, wszystkie naraz, kłębiły się pytania: czy tylko tam są, czy też idą w jego stronę? czy wiedzieli o nim, zaczaili się i przypadkiem tylko zdradził ich ten huk? i czy zaraz nie rzucą się w pogoń? Powoli cofał się korytarzem. Na bezdechu, jeden ciężki krok za drugim. Szedł coraz szybciej i byłby już biegł, uciekłby, wyszedł na deszcz, bez parasola biegł ku bibliotece. Ratowałby się. I by się udało – na pewno – gdyby nagle nie stanął, gdyby oprócz stukania i głosów nie usłyszał tego najgorszego: osaczonego krzyku małego chłopca ze zbyt dużymi brwiami, chłopca, który podarowałby mu wszystko, nieważne, jak bardzo byłoby mu to bliskie.
Jake krzyczał, a przecież nie mógł wiedzieć, że ktokolwiek słyszał jego wołanie. Znów były hałasy i pokrzykiwania. Skowyt. Vincent zawrócił, pobiegł wiedziony bólem przyjaciela i dopiero w ostatniej chwili przystanął.
– No, to jazda, panowie! – usłyszał.
Coś zapiszczało i rozległy się przerywane krzykami śmiechy.
– Zostawcie mnie, zostawcie mnie – rozbrzmiewał zdarty głos.
Tylko tyle. Dwa słowa, ale powtarzane bez końca, za każdym razem inne, słabsze, głośniejsze, załamane, potem znów wsparte całą siłą wstrząsanych strachem, małych płuc.
– Zostawcie mnie, zostawcie...
Nie. Tym razem nie, Jake. Nie dziś. Choć przedtem zawsze cię zostawiałem. Nie teraz, choć nigdy nie wypowiedziałem jednego choćby słowa, zanim nie było po wszystkim. Przepraszam: bałem się. Wybacz mi to: ja też się bałem.
Vincent stał w otwartych drzwiach na progu dużej hali. Żółtawe płytki przedzielały trzy rzędy wysokiego muru, związanego plątaniną pordzewiałych rurek, a światło padało cieniem przez matowe okna. Na wprost drzwi stał Jake. W kałuży wody, przemoknięty, trząsł zbielałą brodą i pomimo spływających po jego twarzy strugach, pewne było, że wstrząsało nim przepełnione bólem łkanie. Otaczało go trzech – nie – czterech chłopaków, dwukrotnie większych niż on, niemal dwukrotnie też większych niż Vincent. Jeden z nich trzymał w ręku gumowy wąż – machał nim jak biczem, a z każdym zamachem w stronę małego chłopca leciała struga lodowatej wody.
– Zostawcie mnie... – krzyk Jake'a znów wypełnił salę.
Ale oni tylko na to czekali. Rozkręcali kolejne kurki, pluli i krzyczeli. Z trzech stron poleciały grube, mroźne strumienie i uderzyły w ciało małego chłopca, jego piersi, szyję, oczy, póki nie zadusiły zupełnie jego wołania. Byli duzi, mocni, lubiani. Napawali wstrętem. I to sam Jake pozwolił im to wszystko robić, bo był mały, bo miał duże brwi, bo był wyśmiewanym przez wszystkich mazgajem.
Vincent poczuł znajomy zapach. Miły i przyjemny; pamiętał go z przyjęcia.
– Ej, Śmierdzielu! – usłyszał za plecami. – I po co żeś tu właził?
Ogarnął go kłąb dymu. Odwrócił się do tyłu i uskoczył.
Stał tam jeszcze jeden chłopak. Trzymał w ręku grube cygaro i wydymając pokryte zarostem policzki, wydmuchiwał w twarz Vincenta zielonkawy obłok. Parł do przodu i spychał chłopca w stronę pozostałych.
– Panowie, panowie! – zawołał. – Spójrzcie, co tutaj mamy.
Śmiech ucichł i po chwili opadły też bezlitosne strumienie. Jake parskał i charczał. Pochylony do przodu, by uniknąć kapiącego z włosów zimna, zgarniał z siebie wodę. Ręce miał uniesione i wyciągnięte na boki. Chwiał się to w jedną, to w drugą stronę i zamarł dopiero, gdy otworzył oczy.
– Patrzcie, to Śmierdziel – zawołał jeden z chłopaków i puścił gumowy wąż, który zaczął zwijać się po posadzce niczym pies ganiający własny ogon.
Chłopcy, uskakując przed wodą, ruszyli w stronę Vincenta.
– Co tu robisz, Śmierdzielu? Kto ci kazał tutaj wchodzić?
– Ej, a co tam masz? – Chłopak wskazał na ręcznik na ramieniu chłopca. – Chyba nie przyszedłeś się myć, co Śmierdzielu?
– Ha, ha, panowie! On chce się wykąpać!
Podchodzili coraz bliżej. Napierali, oplatali coraz ciaśniej. Dusili chłopca swoją cielesną bliskością.
– Więc się kąp. – Cały czas się śmiali. – Kąp się. Czego się tak wstydzisz? Myślisz, że nic nie widzieliśmy? Że nikt nie zwrócił uwagi?
Vincent cofał się i miotał, wyginał szyję na wszystkie strony, unikał popisanych długopisem dłoni. Złote włosy podskakiwały mu bezładnie i opadały na marmurową twarz i blade, zaciśnięte usta, a szare oczy poszukiwały w zaciskającej się pętli jakiejkolwiek wyrwy.
– Wszyscy wiedzą, czego się boisz, Śmierdzielu. No pokaż! Dalej, ściągaj gacie.
Mur wokół niego zamknął się. Cygaro poleciało na bok i w ostatniej, cuchnącej chmurze chłopak chwycił Vincenta za kołnierz.
– No już – powiedział, ale szarpnął go tylko lekko i zaraz się cofnął.
Jego oczy rozbiegały się po białej koszuli. Inni krzyczeli, tuż przy twarzy chłopca, tupali i szarpali za długie rękawy, muskali nawet włosy, ale żaden z nich nie uderzył, nie dotknął nawet. Jakby Vincenta chroniła jakaś bariera, zapora delikatności, miękkości i milczenia. Jakby jego koronkowe kości obiecywały, że pokruszą się przy byle poruszeniu.
Wtem ponad ich hałasem znów poniósł się krzyk. Wrzask inny niż wszystkie przedtem, zachrypły, drżący i pełen nienawiści. Chłopcy rozstępowali się i Vincent zdążył tylko kątem oka zobaczyć, jak Jake daje kilka szybkich skoków i rozpryskując wszędzie wodę, wpada pomiędzy nich. Nie wymachiwał rękoma – to byłoby na nic – tylko uderzył głową do przodu i szukał na oślep nieosłoniętego miejsca. Znalazł je i zacisnął zęby. Z jego gardła wciąż dobywał się piekielny skowyt, a oczy uczepiły się jedynej twarzy, która uczyniła jego pobyt w szkole znośnym.
Spomiędzy zębów Jake'a leciały strużki krwi. Spływały rozrzedzone przez wodę i łzy po włochatej łydce jego przeciwnika, wroga, kata. Już nie Jake krzyczał najgłośniej, tylko on – rzeźnik. Ten jeden raz to on mógł poczuć, czym był ból. Zęby zaciskały się coraz bardziej, i chociaż Jake'a nic nie chroniło przed twardymi pięściami, przed butami, on tylko wczepiał się coraz głębiej, obejmował nieprzyjaciela dziewczęcymi rękoma i gryzł, gryzł, póki starczyło mu sił, póki nie odciągnięto go szczypaniem i kopniakami, i póki pastwienie nie zamieniło się w zemstę.
– Dowal mu – krzyczał siedzący na ziemi chłopak.
Trzymał obie dłonie przy nodze, a krew przesiąkała mu między palcami. Chłopcy kopali zwinięte na podłodze ciało Jake'a, szarpali je za włosy i obrzucali wyzwiskami. Ostatni z nich podniósł cygaro i pozwalając reszcie na znęcanie, przez długą chwilę wpatrywał się w Vincenta.
– Starczy – powiedział w końcu.
Kopniaki ustały. W ciszy, jaka zapadła, słychać było tylko zduszone jęki i cedzone przez zęby przekleństwa.
– To wszystko twoja wina, Śmierdzielu.
Chłopak dmuchnął kilka razy w końcówkę cygara, aż ta rozjarzyła się ze skwierczącym sykiem. Spoglądał na nią przez chwilę zimnymi oczyma, potem zwrócił swoją rozświetloną twarz w kierunku Vincenta.
– A teraz się rozbieraj.
Wyciągnął z kieszeni długi metalowy brelok i zabrzęczał cicho kluczami. Wskazał na Jake'a.
– Albo to jego rozbierzemy i wypuścimy w miasteczku.
Vincent stał i patrzył. Jake podnosił się już z ziemi. Stanął z jedną nogą podkuloną, a jego głowa podrygiwała gwałtownie przy każdym usłyszanym słowie.
– Nie? No dobrze.
Chwycili Jake'a silnymi ramionami. Ściągnęli mu koszulę i podkoszulek. Wcale nie śmiali się ze zsiniałych od wody rąk i sterczących żeber. Powalili go na ziemię w milczeniu i zerwali buty, potem spodenki, aż stał, drżący, w samych tylko majtkach, i zaciskał na nich swe maleńkie piąstki”.

Kończę już to wprowadzenie...

Mądrość, Siłę i Piękno możesz posłuchać (zupełnie za darmo) w dziale AUDIO.
Więcej o książce znajdziesz już, być może, w dziale ESEJE, bo pewnie przez jakiś czas większość zgromadzonych tam tekstów będzie się wokół niej krzątać. ("Być może", ponieważ dział jest "w budowie".)

A jeśli uznałbyś, że chcesz mieć własną kopię, że wolisz sam oddać się lekturze, zachęcam, by kupić książkę w wersji elektronicznej, klikając tu:
— KUP MĄDROŚĆ, SIŁĘ I PIĘKNO W WERSJI ELEKTRONICZNEJ. (Na stronie znajdziesz też informacje dot. tego jak kupować przez PayPal, w jaki sposób książka dotrze do ciebie, itp.)

A żeby na scenie poprzedniej lub wulgarnościach pieniądza nie zakończyć, bo znów się zasmuciłem, słowa Vincenta:

     “Ty zacznij od czegoś pięknego. Czegoś pięknego, bo piękno jest zawsze doskonałe. Zacznij od pierwszej potrzeby. Słuchaj mego głosu. A jeśli ci nie wolno, słuchaj opowieści o nim. Mnie ustanów swoim mistrzem. By uwolnić się od siebie, zanim uwolnisz się ode mnie. Od tego zależy cel: zacznij od posiadania piękna, wytwórz w sobie pożądanie i, stamtąd, sięgnij po wszystko”.
      Vincent

Błękitne róże niech pachną, śpiew niechaj się roznosi...

     
Marcin Banasik, kompozytor i pisarz. Powieść Marcina Banasika - Mądrość, Siła i Piękno.
Marcin Filip Banasik

Moja powieść — Mądrość, Siła i Piękno — w formie czytanej:

Powieść Marcina Banasika w wersji audio. Darmowy Audiobook.

Posłuchaj za darmo w dziale Audio...


Jeśli podoba ci się moja strona, wspomóż mnie drobną darowizną.

PayPal — szybko i bezpiecznie.
Co stanie się po naciśnięciu przycisku?


Szybka Nawigacja:

 


 

 

Marcin Filip Banasik — Poezje  

Wartość Człowieka

W pustej uliczce,
— ja w marynarce, on w jeansach — 
mijam młodzieńca.

„Dobry wieczór” — mówię.

Ten najpierw dłonie wysuwa z kieszeni,
a potem
— wcale nie zwalniając kroku — 
sięga po mój portfel.

Wertuje go uważnie...

Lecz raptem
— zobaczył rulon dwustuzłotówek — 
przestaje.

Oddaje portfel
— nietknięty.
„Dobry wieczór Panu” — odpowiada.

Idzie dalej.

Marcin Banasik — Grafiki
"Chińska Muzykantka z Okaryną" rys. Marcin Filip Banasik
"Chińska Muzykantka z Okaryną"
rys. Marcin Filip Banasik



  Marcin Filip Banasik — Poezje

 
    
     Do Innego; list, prośba

      Dziś obudziły mnie:
     - 'łzy; zmieszane z terpentyną'
     - 'czerń palców'
     ^
     - 'tysiące śmierci'

     A Ciebie?

     To teraz idź.
     A potem przyjdź i powiedz mi
     co znaczy:

     - 'kochać z wzajemnością'

ku pamięci J.M.

  Marcin Filip Banasik — Poezje  

Potentia Poetica

Siedziałem w sypialni poetki,
ja na krześle, ona w łóżku.

„Jak to zrobiłam?” — powtórzyła za mną.

Obserwowałem jej skurczone corpus,
jak z trudem uniosła do ust cygarniczkę
i wciągnąwszy przez usta wdech niegodny wzmianki,
przymknęła oczy.

Pomyślałem, pójdę już, niech ona odpocznie,
ale — może usłyszała jak się wiercę — 
machnęła mi ręką, żebym zaczekał.

Leżała bez ruchu tak długo, że wypatrywałem,
czy jeszcze oddycha.

Wtem wywaliła na mnie oczy,
rozdziawiła usta,
zaczęła się krztusić.
Z jej gardła dobiegł chargot przeraźliwy,
który wraz z pianą ubitą w konwulsjach,
wyciekał wzdłuż zmarszczek.
Tors rozdął skowyt, na wdechu, jak ryk osła,
a wrzask, gdy się unosiła na stelażu łóżka,
był rzężeniem gęsi z podciętą szyją.

Zastygła na chwilę...

Potem rzuciła się do tyłu
i przebiła przez ścianę do sąsiadki.

„Właśnie tak” — krzyknęła, chyba z kuchni.

Wisławie Szymborskiej

  Marcin Filip Banasik — Poezje  

879

Każdy nosi w sobie
503
wiersze
374
grafiki ołówkiem
i
2
symfonie.

Większość
wszystkie
879
dźwiga aż po grób...

  Marcin Filip Banasik — Poezje  

Przyjacielu Jeleński,

dlaczego nie przeczytam w „Wiadomościach”:
„Na szafot z Conradem!”,
„Głowę ściąć Chopinowi!”,
„Curie do piachu!”,
„Wykastrować Apollinaire'a!”,
gdy nas dwu
— Gombrowicza i mnie — 
chcą posiekać?

Czy to jest problem nasz, narodowy,
że wyjechawszy, wciąż mamy odwagę,
by pisać po polsku?

Czy może kwestia nie nasza, a cudzoziemcza,
że na cudzoziemskiej ziemi
nawet psu nie rzucą absolutnie niczego,
czego się specjalnie nie poda,
w sosie ich własnym?

Albo też, wreszcie, to jedynie dotyczy nas dwóch,
bo (w zachłanności swojej),
pragniemy jednocześnie:
Sukcesu!
i
Polskiej Litery!
?

Azali zgodne jest z prawdą,
że Copernicus,
właśnie za
„ą”, „ż”, „ź”, „ć”, „ę”, „ś”, „ó”, „ł” i „ń”,
nakupił sobie Sukcesu!
?
A my dwaj, poskąpiwszy,
mamy tylko te osiem ogonków
i kropkę?

Napisz mi, proszę,
co TY o tym uważasz.

Ton ami,

马中波

PS Dare to stay poor,
they'll still call you a nig...r.

 

 

 

 

CYTAT MIESIĄCA:

Cytat Miesiąca z książki Marcina Banasika — Mądrość, Siła i Piękno. "Są pośród was mędrcy, lecz brak im siły. Siłacze, którym brak mądrości. W każdym z was jest piękno. Lecz muszą być razem — Mądrość, Siła, Piękno — muszą być jednym".