MĄDROŚĆ, SIŁA I PIĘKNO WSZYSTKIE PROJEKTY ARTYSTYCZNE MARCINA BANASIKA

 
  START MARCIN BANASIK SKLEP  
  Eseje    
 

Poezje z założenia miały być rozsiane po wszystkich podstronach, ale tyle się ich zebrało (a i niektóre są zwyczajnie zbyt "szerokie", by zmieścić się w paśmie "pod zdjęciem"), że zaszła potrzeba utworzenia osobnego działu.

Na razie wiersze będę wciąż rozklejał gdzie się da, desygnując jednocześnie to miejsce na wszelki ich "nadmiar". Z tej też strony, korzystając z odwrotnie chronologicznej listy, w łatwy sposób przejrzysz moją całą, publicznie jawną twórczość liryczną. (By po przeczytaniu wiersza powrócić do listy, kliknij wstecz.)

Jeśli wierszy będzie więcej, będę się zastanawiał, jak je lepiej podzielić... Również, nie zapomnij, że najłatwiej śledzić wszelkie nowości ze strony OSTATNIO DODANE.

Zapraszam do lektury...



Korespondencja Sztuk
(przeczytaj tutaj)
Nie Te Szczyty
(przeczytaj tutaj)
Kochani Szturmowcy! (albo "tolerancja, z jaką zetknąłem się na Zachodzie")
(przeczytaj tutaj)
Aby Być
(przeczytaj tutaj)
Cała Prawda o Śmierci, Tutaj za Darmo!
(przeczytaj tutaj)
Trzy Słowa Na "H"
(przeczytaj tutaj)
Pod Słońcem
(przeczytaj tutaj)
W Poznańskim Salonie
(przeczytaj tutaj)
Senilità
(przeczytaj tutaj)
Skoki
(przeczytaj tutaj)
Skurcze
(przeczytaj tutaj)
Nein, Danke...
(przeczytaj tutaj)
Olejek Arganowy
(przeczytaj tutaj)
Kamera... Akcja... Poszło!
(przeczytaj tutaj)
Live, Live, Live
(przeczytaj tutaj)
Wyjście
(przeczytaj tutaj)
Trójkąty
(przeczytaj tutaj)
Szekspir w Sosie Własnem
(przeczytaj tutaj)
Nowe Mieszkanie
(przeczytaj tutaj)
Miranda
(przeczytaj tutaj)
Wszystko
(przeczytaj tutaj)
Wisława Szymborska, tuż przed, tuż po (przeczytaj tutaj)
Hipochondryk (przeczytaj tutaj)
Brawo Ten Pan (przeczytaj tutaj)
Prawo Dżungli (przeczytaj tutaj)
Pojęcia (przeczytaj tutaj)
Plagiat (przeczytaj tutaj)
Stare Małżeństwo (przeczytaj tutaj)
"Prawda" To Jest Słowo (przeczytaj tutaj)
W nosie u Pani Malinowskiej (przeczytaj tutaj)
Pan Nie Lubi Sobie Ponarzekać (przeczytaj tutaj)
Specjaliści (przeczytaj tutaj)
Z Urzędu Pracy w Głodnie pod W-wą (przeczytaj tutaj)
Kobiety są z Ziemi, a mężczyźni też są z Ziemi; manifest (przeczytaj tutaj)
Po co mi tyle Sztuki? (przeczytaj tutaj)
Możesz Wiedzieć, Możesz Dać, Możesz otrzymać (przeczytaj tutaj)
Zaprzeczaj, Zaprzeczaj, Zaprzeczaj (przeczytaj tutaj)
Telewizor (przeczytaj tutaj)
O Jeden Tom Za Daleko (przeczytaj tutaj)
Parada Równości (przeczytaj tutaj)
W razie napadu szału Arhtysty, zbić szybkę
(przeczytaj tutaj)
Ani Dnia Więcej!
(przeczytaj tutaj)
Śnieżyca
(przeczytaj tutaj)
Wśród Kochanków
(przeczytaj tutaj)
Maszyna Organiczna
(przeczytaj tutaj)

2 + 2
(przeczytaj tutaj)
Przepowiednia Spełniona
(przeczytaj tutaj)
Jestem Nienormalna(?!?)
(przeczytaj tutaj)
老马与他的学生,子南 (Lao Ma i uczeń jego, Zi Nan)
[DIALOG] (przeczytaj tutaj)
Vincenta III-go Proroctwo o Powstaniu Światów
(przeczytaj tutaj)
Marzenie Ściętej Głowy
(przeczytaj tutaj)
Moi, moi, moi!
(przeczytaj tutaj)
Taksówkarze
(przeczytaj tutaj)
Kameleony (albo Choroba Wściekłych Małp)
(przeczytaj tutaj)
Nie dójcie koni, nie ujeżdżajcie krów!
(przeczytaj tutaj)
Lek na Niepłodność
(przeczytaj tutaj)
Praca Magisterska, konspekt
(przeczytaj tutaj)
Homo Sum
(przeczytaj tutaj)
Królowa
(przeczytaj tutaj)
Przyjacielu Jeleński,
(przeczytaj tutaj)
Wszechświaty
(Zgłoszenie na konkurs na Haiku,
w którym każde słowo znaczyłoby możliwie najwięcej.)
(przeczytaj tutaj)
Pataj, Pataj, jadą Artyśc
i (przeczytaj tutaj)
Lęki Artysty, do przezwyciężenia: Mama
(przeczytaj tutaj)
Jeden Pies (Wyliczanka) (przeczytaj tutaj)
阴— 阳
(przeczytaj tutaj)
Degustacja
(przeczytaj tutaj)
Pan Doktor Dziś Przyjmuje
(przeczytaj tutaj)
W Muzeach Paryskich
(przeczytaj tutaj)
Lebens(alpt)raum (przeczytaj tutaj)
Wsiadka, Wysiadka, Przesiadka, Dosiadka (przeczytaj tutaj)
Strzeżcie się małych ludzi
(przeczytaj tutaj)
879 (przeczytaj tutaj)
教育经 (Pisma o Nauczaniu) (przeczytaj tutaj)
Kolega z Opery
(przeczytaj tutaj)
"Być intelektualistą", wykład (Uwaga: dziś w sali kominkowej!!!) (przeczytaj tutaj)
W Sekretariacie Maestro (przeczytaj tutaj)
Potentia Poetica
(przeczytaj tutaj)
Sami Spróbujcie (przeczytaj tutaj)
Grzechy Artysty: Pycha
(przeczytaj tutaj)
Martwe Przyjaźnie (przeczytaj tutaj)
Morderstwo na Czasie (przeczytaj tutaj)
Antypolonizm
(przeczytaj tutaj)
Przeliczanka Lutosławskiego z Mozartem (przeczytaj tutaj)
Wartość Człowieka (przeczytaj tutaj)
Pytania z Tylnego Rzędu
(przeczytaj tutaj)
Wyjście w Praktykę (przeczytaj tutaj)
Kompozytor Współczesny
(przeczytaj tutaj)
Białe Gry
(przeczytaj tutaj)
Do Innego; list, prośba (przeczytaj tutaj)
Inetti (przeczytaj tutaj)
Kypris (przeczytaj tutaj)


Marcin Filip Banasik — Obrazy Olejne
Banasik, The Hug,2015,  olej na płótnie, 40x50cm

The Hug , 2015
olej na płótnie, 40cm x 50 cm
(mal. Marcin Filip Banasik)

Zobacz w wyższej rozdzielczości (kliknij tutaj)

  Marcin Filip Banasik — Poezje  

Miranda

Czcigodny odbiorco — uważaj!
Znalazłeś się w obecności dzieła sztuki!

Masz prawo zachować milczenie,
usilnie się czymś rozkojarzyć,
zamruczeć piracką piosenkę,
przejść do porządku codziennego
— słowem:
odmówić odpowiedzi na wykrzykiwane przez dzieło pytania.


Jeśli cię nie stać na krytyka sztuki,
nie rozpaczaj!

W dzisiejszym świecie krytyk jest niezbywalny.

Jego język czuje się na karku
nawet podczas samotnego zupełnie obcowania,
toteż z pewnością nie będzie problemu,
by z tłoku przed dziełem nastręczyć
jakiegoś na-chybił-trafił pierdołę,
który ci to chętnie zrobi
całkiem a całkiem pro bono.


A jeszcze,
mój drogi Adresacie Dzieł
— pamiętaj!:

ściany mają uszy,
dzieła sztuki — autorów,
autorzy — własne prawa,
i w świetle tych praw

w s z y s t k o

— co zrobisz, co powiesz,
każdy twój gest i spojrzenie,
pot pod pachami, zabobon,
erekcje, fobie, przesądy... — 

wszystko to może być przez autorów użyte
ku ponadczasowej chwale Sztuki.


***

Poznawszy i zrozumiawszy swoje prawa,
czy zgadzasz się odpowiedzieć na pytania dzieła
pod nieobecność krytyka?

 

  Marcin Filip Banasik — Poezje  

Trzy Słowa Na „H”

mocne espresso dwa razy dziennie...
jeden pierwszy pocałunek w siódmej klasie...
podróż nowym autokarem przez Paryż do Monaco...
rocznicowa projekcja Gwiezdnych Wojen Epizod IV...
naprawdę że pachnący tulipan na dzień kobiet...
swędzące kolano w popisanym gipsie...
wierny jamniczek merda krótkim ogonkiem...

i tyle

i więcej naprawdę się nie należy

dla tych, co sobie wyobrażają,
że przyszli na nasz, pożal się Boże, świat
dla innych, większych rzeczy,
mam trzy słowa:

ha, ha, ha

 

  Marcin Filip Banasik — Poezje  

Cała Prawda o Śmierci, Tutaj za Darmo!

„a co też pan, taki jeszcze młody,
może w ogóle wiedzieć o śmierci...”
— oberwałem po mordzie
od podenerwowanej staruszki

no, kocię blade — pomyślałem
(ale dopiero długo długo potem) — 
bo co ja, rzeczywiście, mogę,
skoro, jak dotąd, nigdy nie umarłem?

(z drugiej strony, tak czekać na własną śmierć,
aby dopiero wówczas móc wtrącić
trzy centavos o śmierci w ogóle
— to trochę mi głupio...)

(poza tym, czy nie dowodziłoby to, że
†c   a   ł   a     p   l   a   n   e   t   a†
— mówiąc, że jak, na sójkę urok, skona,
to pójdzie do nieba lub piekła...
— że ona mędrkuje sobie o rzeczach,
o których po prostu nie może mieć
ametystowego pojęcia?)

(no, chyba że tak to już jest po tej stronie,
że z ulubionych tematów czczych przemądrzalców,
wyrokujących codziennie:
która muzyka jest super;
w jakim kraju są ładniejsze dziewczyny;
kto czci faktycznego złotego cielca;
jak powinienem sobie, cholera, żyć; et cetera...
— że śmierć wyjątkowo jest tutaj
tym naprawdę jedynym fenomenem,
na który mędrkowanie
jest dozwolone, stosowne, wskazane...)

(na wszelki wypadek,
gdyby tak było,
powiem Wam,
że jestem całkowicie,
do imentu a
na śmierć wręcz
przekonany,
że jak ja akurat umrę,
to


 

  Marcin Filip Banasik — Poezje  

Kamera... Akcja... Poszło!

O, młody Panie,
ja wprost żyję tym filmem.
Od pierwszej nocy, aż do teraz
— ten film to samo moje życie.

Uwielbiam zrywać się z łóżka w oku kamery,
chrupać poranne tosty wśród westchnień widowni,
udawać, że na mnie nie patrzą, jak idę na rynek...

Co prawda, do sławy się z wiekiem przywyka
i coraz łatwiej jest mi ukryć przed nimi
— profesjonalną zwyczajnością — 
że to właśnie ja.

Czy film jest tylko o mnie?
Tak — tylko o mnie!
No... — nie... — niezupełnie...

Właściwie kręcili głównie o tym sławnym malarzu
— od dziecka moim sąsiedzie z naprzeciwka — 
i to on zawsze stał na pierwszym planie,
choć nigdy go nie lubiłam.

Że co, że „a ja”?
Jak to „gdzie”?
No, jejku...!
Młody Panie!

Ja przecież jestem tą smarkulą w tle,
w trzeciej scenie,
na samym końcu,
ja Panu przewinę...

O, tu — widział Pan?

Oni się bardzo spieszyli,
bo przez pogodę byli do tyłu z grafikiem,
i ja tuż przed cięciem odchyliłam sobie zasłonkę,
chociaż nam reżyser zakazał...

 

 

  Marcin Filip Banasik — Poezje  

Plagiat

„Umrzeć — tego nie robi się kotu...1

To napisałam ja, własnoręcznie po raz pierwszy,
co tam, że nie ja pierwszy raz.

Jeżeli już się zgodziłyśmy
na Poezję jako byt ponadczasowy,
dlaczego tak bardzo cię dziwi,
że mnie interesuje opus samo w sobie,
nie opus w historii...?!

Czyż ci, którzy tego akurat kota nigdy nie słyszeli,
mniej będą się entuzjazmować
jego planami fochów strzelania?

A ci, co znają — niech się oburzają.
Ich nosy zadarte
— dla mnie to jest cudownie nagła przepaść
w poetycką sławę.

Że mi nie wydadzą? — ho — kochana — a komuż to szkodzi?...

Ja kocham drzewa.

Plagiat niewydany — to takie ekologiczne.

1) Cytat z:
Szymborska, Wisława; Kot w Pustym Mieszkaniu

 

  Marcin Filip Banasik — Poezje  

(posłuchaj nagrania do wiersza,
kliknij tutaj)

Pod Słońcem

jak koncert, to smyczki
jak obiad, to do syta
jak malować, to olejem
jak umierać, to na całego

takie błahostki:
a jeszcze to głupsze,
niż Rossini...

(chociaż — zawracając gitarę pod prąd kluczami — 
który z nas może z czystym sumieniem zaręczyć,
że absolutnie przenigdy nie dał się poderwać Rossiniemu
do zupełnie wyzbytego z rozumu kiwania
w jego bezsensownie równiusieńki takt?)

nic nowego pod słońcem?

no, tak..., prawda..., ale...
— ach! — 
cóżże, do stu piorunów, więcej od życia,
niż słońce?

 

  Marcin Filip Banasik — Poezje  

Stare Małżeństwo

Tak bardzo boję się Śmierci,
że przyjdzie po nas nie raz.

Że — jak to ona — wpadnie niezapowiedziana
z bukiecikiem świeżo ściętych róż
i roześmiana, pobrzękując siatką z garnuszkiem gulaszu,
jeszcze zza bramy zawoła,
że to dlatego wcześniej nie dzwoniła,
żeby dla niej nic specjalnie nie szykować.

Że nas razem nie zastanie,
bo jedno z nas, wtedy właśnie,
na drugim końcu miasta,
będzie odbierać od magla koronkowe obrusy.

Boję się, że to będziesz ty.
Boje się, że to będę ja.

 

  Marcin Filip Banasik — Poezje  

Prawo Dżungli

Panie i Panowie!

Równouprawnienie omija złych ludzi;
im prawa nie przysługują.
A dlaczego to Dobremu wolno być dobrym,
gdy Złemu nie wolno być złym?

Dziś zbieracz znaczków może po uszy nazbierać się znaczków,
a mordercy się wzbrania zabijać;
miłośnikowi Chopina pozwala się dzień w dzień folgować
Scherzu b-moll, op. 31,
gdy gwałcicielowi się gwałtu odmawia!

Toż to granda!

Skandal!

A dość już tej tyranii dobrych ludzi!

Czy chociaż trochę wam nie żal
tej naszej biednej — złej mniejszości,
która się nie zgodziła ostać
na wąskich okach
sita Dobroci?

Gdzież pajac, co przystał na ciemiężenie oszustów?
Kto zły, kto dobry — jak on to ustalił?
Który to mądrala zlecił represje na łotrach?

Gdzie ten wasz obiecany, dobry świat
dla wszystkich?

...?

Dam stówę,
że i w niebie są równi i równiejsi.

 

  Marcin Filip Banasik — Poezje  

„Prawda” To Jest Słowo

„Prawda” to jest słowo średniowieczne,
które się karmi swędem płonących heretyków i jędz.

„Prawda” to jest słowo bliskowschodnie
wprawiane w ruch przez samobójców
i ich niewielkie wybuchy.

„Prawda” to jest słowo, które syczy,
upadając na rozpaloną posadzkę krematoriów Auschwitz.

Prawda to jest banita, który czasem jeszcze powraca,
jako Robin Hood, siejący terror w pozbawionym Prawdy,
spokojnym hrabstwie Nottingham.

Pan się nie zgadza...?

A przecież jest mi wiadome, że Pan jest wyznawcą Izydy,
gdy ja świeczki palę Baalowi...

I co, wbije mnie Pan na pal?
Połamie mnie Pan na kole?
Chociaż rąbnie mnie Pan w zęby?

Zaprawdę wątpię.

Może trochę Pan nazłorzeczy u siebie w domu,
albo w jakimś innym szczelnie zamkniętym kontenerze,
z którego Prawda nie uchodzi.

Może jedynie
— żeby okazać wyższość swojej prawdy — 
uprze się Pan zapłacić za piwo.

 

  Marcin Filip Banasik — Poezje  

W nosie u Pani Malinowskiej

W nosie u Pani Malinowskiej nie ma włosów,
a są Państwo Szpak, jej sąsiedzi.

Cali się tam zmieścili
razem z telewizorem
i lodówką pełną piwa.

To wyczyn nie lada,
bo w lewej dziurce (nosa Pani Malinowskiej),
rozgrywają się akurat mistrzostwa świata w piłce nożnej,
i ileż tam ryków, kwików, gwizdów i zadymki,
a ilu spoconych facetów biega to w lewo, to w prawo...

Czy Państwo Szpak właśnie po to się tam wprowadzili,
żeby na żywo oglądać mistrzostwa?
Możliwe... Dam jednak głowę, że zostaną — nawet po finale.
W końcu mają tam wszystko, czego im potrzeba
— nawet wyniki totolotka — nawet tygodnik ze streszczeniami seriali.

Prognozę pogody, na cały tydzień; pogodynkę w obcisłej spódniczce,
fiu fiu; ziemniaki z targu pod blokiem Stefana, bo tańsze;
pudełko musich larw, na okońki; rosół z przedwczoraj,
żeby się tylko nie zmarnował; jedwabną chustkę z Madrytu, przepiękną;
piątkową partyjkę brydżyka, u Stefana; skrytkę przed Panią Szpak,
na wódkę; szparę przy zawiasie, do podglądania Pani Malinowskiej:

Pani Malinowska to wszystko — i jeszcze dużo więcej — ma w nosie.

Nos ma ubrudzony farbą,
i nie tylko nos!
Siedzi ze zmarszczonym czołem,
lekko przygarbiona nad paletą.

I tylko tych swoich obrazów nie ma w nosie.

 

  Marcin Filip Banasik — Poezje  

Wisława Szymborska, tuż przed, tuż po

Dziś z przedawkowania wierszy zmarła już druga w kraju czytelniczka,
w dodatku wiersze miała ode mnie, a skąd mogłam wiedzieć,
że mój towar trefny?

Jak mnie przyłapią tym razem,
to będę gnić w mamrze do pięćsetnych obchodów urodzin Stalina,
tyłek mi się od siedzenia rozrośnie jak linie kolejowe w epoce industrialnej,
i jeszcze — nie daj bóg — na późną starość
przyjdzie mi sobie pleść bujane fotele z baobabów.

Muszę się na gwałt pozbyć warsztatu,
potłuc metafory o kanty spodni,
porówniania spuścić w toalecie,
wypalić lupą hiperbole...

(Albo nie... — hiperbole lepiej schowam pod sadzą w kominie,
to je sobie spieniężę na czarno, jak tylko obrońca mnie w sądzie wybieli.
Z czegoś przecież trzeba żyć, a— )

dzyń, dzyń
— dzwoni do drzwi, Jezusie Maryjo!

To pewnie milicja, tfu, teraz to policja,
a ja jeszcze — cholera jaśnista
— ja jeszcze nie zdążyłam do końca podrzeć personifikacji...

Otwieram — patrzę — truchleję.
Ryczę, że to nie ja — panowie — to wcale nie ja!...,
ale kalendarz za mną lata z jęzorem,
telewizor na mnie kabluje,
dekolt błyska morsem donosy,
pantofle wytykają palcami,
zupa kapuje na mnie z garnka na podłogę...
— no i do wszystkiego się im w końcu przyznaję.

Gdy odchodzą, zamykam drzwi na zasuwkę.

Spoconą dłonią pocieram kopertę i milczę...,
i tylko wieszak na kapelusze klepie mnie po plecach
i prawie płacząc, bełkocze,
że z całego serca! — z całego serca mi gratuluje.

 

  Marcin Filip Banasik — Poezje  

Po co mi tyle Sztuki?

Po co mi tyle Sztuki?

Czy to z żarłaczności?,
a mój nałóg Sztuki
to tylko konsumpcjonizm zboczenie wysublimowany?

Czy też Twórczość to dla mnie podarek
i ja, tworząc, jestem mecenasem Sztuki,
znam przyjemności Sztuki mecenasa?

Czy wreszcie
— jednocześnie — 
obdarzam a łechcę się i cieszę prestiżem
pośród Sztuką moją obsypanych...?

Nie

Bynajmniej

Żadne z tych

Mój z Nią stosunek
nie jest patrzeniem w dal ni oddolnym słuchaniem,
nie jest mównicą, a nawet, nie jest opowieścią przy stole przyjaciół.

On jest sekretnym dotykiem, wąchaniem w samotności,
jest miodowym oddechem, cieniami w świetle świeczki,
łagodnym głaskaniem, ciepłem, nuceniem do ucha...

Ja jestem kochankiem Sztuki

Czas jest moim prestiżem

Tyle Mądrości
Siły
tyle Piękna
tyle Sztuki

Tyle życia w moim życiu

 

  Marcin Filip Banasik — Poezje  

Pan Nie Lubi Sobie Ponarzekać

Pan Nie lubi sobie ponarzekać
i denerwuje go pan Tak.

Pan Tak lubi opowiadać bajki,
lecz dotąd jeszcze nie utrafił
w gusta Pana Nie,
który bajek nie opowiada.

Pan Nie nigdy nie zapłakał w kinie,
za to do znudzenia nawyśmiewał się
z łez Pana Tak,
który płacze nawet na zwiastunach.

Pan Tak nigdy nie odmówił przyjaciołom,
— nawet Panu Nie — 
kiedy ten bez przerwy odmawia,
bo, o!, jakie ma ważne spotkania.

Pan Nie pracuje w boksie obok Pana Tak;
mijają się w tłoku,
wymieniają skinienia i krótkie spojrzenia,
darują sobie nawet odstęp w kolejce po kawę
i tylko na „dzień dobry” ciągle się jeszcze nie odważyli.

Pana Nie zbyt na to razi „tak” Pana Tak.
Pana Tak zaś w ostatnim momencie zawsze peszy „nie” Pana Nie.

Obaj żyją smutni.

Pan Nie nie chce przyznać przed sobą, że kocha Pana Tak;
Pan Tak stara się sam siebie przekonać, że nie kocha Pana Nie.

 

  Marcin Filip Banasik — Poezje  

Specjaliści

Romek jadł tylko kandyzowane morelki,
Wojtuś — wyłącznie jajeczka przepiórcze na miękko
Kasiunia nosiła same naturalne perełki,
a Marysia — za diabła
— ją dzionek w dzionek upiększały
maciupkie brylanciki...

Kotkowi Tomka w główce tylko myszki były
i szczurków nie łowił,
gardził kosteczką piesek Adasia,
bo wolał pantofelki Pańci,
a króliczek Zosi to tak lubił alfalfę,
że niechby pośród ździebeł była choć jedna łodyżka timothy,
— a cały domek podrapał...

Romuald wcześnie oślepł i zszedł na cukrzycę,
Wojciechowi tuż po czterdziestce serce nawaliło,
Katarzyna i Maria odrzucały mężów nazbyt im ubogich,
potem żałowały, a było za późno,
bez pereł i diamentów — zmarły, samotne, ze smutku...

Kota Tomasza przerośnięte szczury zjadły,
pies Adama padł z głodu po tym, jak go Pan wywiózł za miasto,
a królikowi Zofii dziadek w tajemnicy łeb ukręcił
i było po sprawie...

Nikt ich nie pamięta, kiedy już umarli,
nazwiska umknęły, twarze się zatarły,
ich wiersze, obrazy, zgniły w przechowalni,

Bracia Artyści — pozostańcie niespecjalni!

 

  Marcin Filip Banasik — Poezje  

Możesz Wiedzieć, Możesz Dać, Możesz Otrzymać

Możesz wiedzieć wszystko, lecz nie możesz wiedzieć,
co znaczy spędzić każdą noc z innym
oraz, jednocześnie,
co znaczy je wszystkie przeżyć

z jednym

Możesz dać wiele, jednak jeżeli obdzielasz piętnastu,
nie będziesz w stanie dać każdemu tyle,
ile dałabyś

tylko jednemu

Możesz otrzymać krocie,
ale nie możesz więcej otrzymać od dwóch,
niż mogłabyś

od jednego

 

  Marcin Filip Banasik — Poezje  

Zaprzeczaj, Zaprzeczaj, Zaprzeczaj

Jeżeli jesteś żydem,
zaprzeczaj, zaprzeczaj, zaprzeczaj

Jeśli powiedzą, żeś czarny,
zapytaj, w którym konkretnie miejscu

Jeśliś kobietą — nie przyznawaj się
Jak mężczyzną — kwestionuj swą mężczyznowatość

Odmawiaj słuszności słusznym spostrzeżeniom
Wypieraj się, gdy cię przyłapią na byciu

syp piaskiem w oczy
nie spostrzegaj
patrz, a nie widź
przecz
nie zauważaj

Oślepnij, gdyś świadkiem naocznym

Łżyj w żywe oczy,
bez drgnienia powieką

— Tylko wszystkich niedostrzeganie w sobie uniwersalnych jakości
prowadzi do równości.

 

  Marcin Filip Banasik — Poezje  

O Jeden Tom Za Daleko

Nie czytaj więcej książek!

Broń Cię Panie Boże...!

Koło czternastej to jeszcze milutko,
— tam błogo-topią języki pochlebcze — 
lecz już tuż tuż po czterdziestej dziewiątej,
jak tylko wyścibisz nos do księgarni,
te same zęby chwalące, kadzące,
pogryzą Ci najpiękniejszą z okładek.

Potem to ciężej...

Krótko przed setką zaczną ich uwierać,
najszczersze Twoje pochwały,
a koło sto siedemdziesiątej drugiej,
otoczą Cię zimnoocy
poszukiwacze Twych pleców przygłuchych
na szept i plotkę, żeś gburem.

Aż wreszcie doczytasz ten jeden
ostatni rozdział za dużo...
Po nim to zdławią Twą mowę
utknięte w gardle sentencje
i frazy tylko Tobie znane...

I będziesz obcokrajowcem w ojczyźnie.

Nieznajomym wśród przyjaciół.

Obcym we własnym domu,
że matka rodzona się nie przyzna.

Nastaniesz kosmitą wśród ludzi, a wiedz to, że ludzie
(choć wciąż nawijają, że Równość, że Braterstwo),
w powalającej większości wciąż są antykosmitami.

 

  Marcin Filip Banasik — Poezje  

Śnieżyca

Śnieżyca tak się rozsierdziła, że zamknięto szkoły,
zatem — oczywiście — 
młodzi wylegli na ulice.

Zszyci mroźnymi oddechami, zapleceni dłońmi,
z ramionami luźno sfastrygowanymi na innych ramionach
i z policzkami, czerwonymi,
przymierzanymi przy tych czy tamtych równie czerwonych policzkach
— jakże oni prą
naprzeciw staremu wiatrowi tnącemu lodem ich twarze.

Rozchełstani, roześmiani, rumiani...
— odzyskany to dzień dla ludzkiego rodzaju.

On znów wziął w posiadanie wszyściusieńkie z lądów,
i je po brzegi wypełnił
najdorodniejszą ze swoich postaci.

Posłyszcie, jaką radość powszechną pobudza,
gdy się któryś z tych młodych poślizgnie.
Policzcie, ileż rąk silnych a chętnych,
by pomóc mu powstać.

Ach, żeby tak raz zamknięto — żeby tak zawsze! zamykano szkoły
z powodu cudownej pogody...

 

  Marcin Filip Banasik — Poezje  

Kobiety są z Ziemi, a Mężczyźni też są z Ziemi; manifest

My, Mężczyźni z planety Ziemia,
domagamy się równych praw!

Przede wszystkim, prawa do rodzenia.
W drugim rzędzie, praw menstruacji i menopauzy.
Prawa do śmierci kilka lat później niż zwykle.
Prawa do uważania, że „wszystkie kobiety to świnie”,
„myślą tylko o jednym”, „mają muszlę w kieszeni”, itp.,
oraz społecznego uznania dla takiego wojującego szowinizmu!

Ponadto postulujemy przyznanie osobnikom płci męskiej
następujących praw pochodnych:

W celu ochrony naszych wrażliwych kręgosłupów,
prawa do samowolnej zmiany środka ciężkości z torsu w okolice brzucha.
Publicznej kontroli nad obsadzaniem miejsc pracy
(takich jak, np., zawodów zakonnicy, przedszkolanki czy ladacznicy).
Prawa do bycia adorowanym.
Prawa, by to nam się oświadczano.
Prawa, by nam też należał się pierścionek z diamentem.
Prawa, by nas w drzwiach przepuszczano,
nam ustępowano miejsca w tramwaju,
nas przez próg przenoszono...!,
a, i żebyśmy mogli sobie chodzić za rączkę
i bez obciachu chichrać się ile nam się będzie podobało!

Żądamy, by nasze postulaty
zostały wcielone w życie
w trybie natychmiastowym.

Jeżeli tak się nie stanie, urządzimy strajk
i przemarsz pod domami dziewczyn
(wymarsz z ogrodu rodziców Tomka,
spotkanie pod domkiem na drzewie).

 

  Marcin Filip Banasik — Poezje  

Wśród Kochanków

Wśród kochanków kłótnię wygrywa zawsze ta strona,
której mniej zależy.

Gdy jeden dba bardzo, a drugi
wcale — tu spory najkrótsze;
gdy obu jednako obchodzi, sprzeczek w ogóle brak;
no, a gdy panuje
bilateralny brak szacunku — wtedy jest jatka.

Najciężej jest wysiedzieć na tych pyskówkach,
gdzie jeden cały czas zwycięża...

Jakiż ma sens bycie wiecznym zwycięzcą,
skoro to jak nic dowodzi, że się wadziło
z osobą sercu niedrogą!?

Powiadają, że milczenie jest złotem,
lecz nie wśród kochanków.

Wśród kochanków milczenie jest
brakiem złota.

 

  Marcin Filip Banasik — Poezje  

Maszyna Organiczna

Kocha, lubi, szanuje,
nie chce, nie dba, żartuje,
Maszyna Organiczna.

W myśli, w mowie, w sercu,
na ślubnym kobiercu,
Maszyna Organiczna mówi,
że to przez duszę.

Ale może to tylko taka dusza organiczna,
jak w skrzypcach?

(Zresztą to bez duszy kochać lubić szanować,
robi wrażenie.)

Pięć litrów brei pompuje pompka w rurki,
jakieś tam pseudo-chemikalia flegmatycznie się wysiękają,
napięcie elektryczne przebiega (albo też nie przebiega) na pięcie,
i oto jest — Maszyna Organiczna nr 5943AG.

Sprawdza kartkówki,
wpieniona na 6874FH, tego nygusa z ostatniej ławki,
bo dwa pytania napisał dobrze, co znaczy, że na pewno ściągał,
ale i tak najniżej można mu tylko postawić te 3 na szynach.

 

Marcin Filip Banasik — Obrazy Olejne
Banasik, Maryna z Filmu Papillon, 2014, olej na płótnie, 60x40 cm

Maryna z Filmu "Papillon", 2014
olej na płótnie, 60cm x 40 cm
(mal. Marcin Filip Banasik)

Zobacz w wyższej rozdzielczości (kliknij tutaj)

  Marcin Filip Banasik — Poezje  

2 + 2

Usiadłszy w tramwaju, dosłyszysz
jak sobie powtarzam:
„dwa plus dwa równa się pięć, dwa plus dwa
równa się pięć, dwa plus dwa równa się pięć...”;
i będziesz mógł uczynić tylko jedno z dwóch:
przytulić mnie do siebie
i słuchać,
albo też zebrać się w sobie
i mi powiedzieć,
że dwa plus dwa nie równa się pięć, tylko osiem.

I już będziesz chciał wybrać to drugie,
ale się zawahasz, myśląc
że mnie tym zezłościsz.

Więc nie wypalisz mi wprost,
tylko ot tak sobie,
cichutko,
koło mnie
(ale jakby nie do mnie),
(choć w istocie całkiem wbrew mnie),
też zaczniesz powtarzać:
„dwa plus dwa równa się osiem, dwa plus dwa
równa się osiem, dwa plus dwa równa się osiem...”.

Pomyślisz sobie:
jak zacznę parskać przez nos
(parskaniem niby stłumionym, lecz umyślnie nie dość,
by wszyscy jednak posłyszeli),
jak będę zaciskał usta, albo dłonie,
albo nawet znienacka łypał w twoją stronę
— o, to lepiej przy mnie nic nie mówić,
no, a jak będę tylko słuchał,
to wtedy będziesz miał pewność,
że można ze mną te kilka słów zamienić.

I od tej pory, jadąc czwórką z centrum,
zawsze tak właśnie będziesz mamrotał.
A przez to mamrotanie, spotkasz

ludzi różnych.

Dla pani w kapelusiku dwa i dwa, da siedem,
dla jej małej księżniczki — co prawda — osiem, ale dwa plus sześć!,
jakoś tak po tygodniu jeden staruszek zacietrzewi się,
bo, jak stwierdzi, dwa i dwa, a nawet osiem — to jeszcze by uszło,
ale co ty ciągle tylko z tym plusem!?

I oczywiście zawsze znajdą się tacy panowie,
co to ci naplują prosto w zęby,
że dwa plus dwa daje cztery tylko i wyłącznie!,
że inaczej być nie może, bo to jest Prawda,
a Prawda jest tylko jedna,
z tej przyczyny ty, będąc przeciw Prawdzie, błądzisz,
jesteś głupcem, wrogiem, hultajem, jesteś godnym stosu herezjarchą...!

Ty, słysząc ich słowa, zamilkniesz
i dasz im się chłostać, aż do następnego przystanku,
gdzie wysiądziesz,
bardziej jeszcze utwierdzony w przeświadczeniu,
że Prawda — owszem — gdzieś tam istnieje,
ale też nie jest znów warta, by o nią poszarpać garnitur.

 

  Marcin Filip Banasik — Poezje  

Vincenta III-go Proroctwo o Powstaniu Światów

Gdy będziesz słuchał arii,
będą rechotać, że „słuchasz Marii”.

Gdy będziesz podziwiał Michała Anioła,
będą przewracać oczyma, że „podziwiasz anioła”.

Gdy będziesz przeżywał „Śmierć w Wenecji”,
będą się szturchać łokciami, że „(znowu) przeżywasz śmierć”.

A jeszcze (w odwecie za te arie),
ogłuszą cię gwałtem ludowym,
a za „Błona”rrotiego i Tad-zia
wyzwą cię „od pedziów”.


I ty dasz im się ogłuszać.
Dasz im się wyzywać.
Nawet czasami — tak dla towarzystwa — 
razem z nimi będziesz rechotał,
przewracał oczyma, szturchał się łokciami...

A pewnego dnia machniesz ręką.
Bąkniesz pod nosem:
„Adieu les ingrats...”;
i zostawisz ich samych.


Wówczas narodzi się Artysta.

 

  Marcin Filip Banasik — Poezje  

Taksówkarze

Co chwila ktoś nowy;
co chwila — na chwilę.

Wsiada, wierci się, płaci, już po nim.

Wyszedł na Paderewskiego, dobre trzech rozmówców temu,
a język wciąż jeszcze mnie świerzbi,
tam gdzie się nam wątek urwał.

Z tymi na teraz tylko się obwąchujemy,
jaka tam na mieście pogoda,
czasami seks,
w szachy, niechybnie, pion z B6 na D6.

Nawet gdy to ja sam gdzieś jadę
(kogóż dziś stać na własny samochód?)
— też wsiadam, też wiercę się, też płacę, też po mnie.

Taksówką — „do szkoły” i „do kina”;
Taksówką — „do kościoła” i „na zakupy”.

Wreszcie „na cmentarz”,
gdzie wszystkie epitafia
są takie same:

„Tu leży Taksówkarz.
Spotkał wielu ludzi,
żadnego nie poznał”.

 

  Marcin Filip Banasik — Poezje  

Telewizor

Fakty
Ludzie
Pierdoły

Ale leci...

Osiem łosi
Siedem kóz
Wielki Brat

A szczylają...!

Pytanie z anatomii
Ile palców u rąk ma człowiek?
Pan mówi, że dziesięć

Brawa dla durnego fortepianu...!

Filmidło jeszcze nie ruszyło
— a tabletki na biegunkę
Nagle buch, para w brzuch
— lecz nadciągają skrzydlate podpaski
Columbo vs. Falconetti, ostateczne starcie
— wtem, przez pół godziny, chipsy, soczki, żarłodajnie
Filmidła finał, króciutki
— już chude napisy pędzą jak bezdomni bimber

Coraz bliżej święta

Tyłki
Biusty

Czy kogoś w ogóle obchodzi, jaka to u diaska była melodia?

Czterej pancerni
Bicepsy
Kargul
Szał ciał
Doktor Wilczur
i pies

A pomiędzy kasetami wideo,
doczytana do połowy wstępu,
Czarodziejska Góra

 

  Marcin Filip Banasik — Poezje  

Kameleony (albo Choroba Wściekłych Małp)

„Dlaczego te małpy takie dziwaczne...?”,
zapytał mały kameleon.

„Bo nie jedzą pasikoników”,
odpowiedział mu tata kameleon.

„Ani os”, dodał, „ani larw ciem,
ani nawet much! A przecież wiesz:
kto nie je os, ten szaleje...”


„I to dlatego?”, zapytał znów mały kameleon.
„Dlatego się zabijają, dlatego gwałcą, okradają...?”

„Właśnie dlatego”,
odpowiedział mu tata kameleon.

Sięgnął językiem po motylka w kwaśnym sosie z mrówek.

„No...”, jednocześnie ciamkał i bełkotał,
„...dla czegożby innego mieliby się tak pieklić,
gdy mogliby tu razem z nami siedzieć na gałęzi i zajadać pasikoniki?”
Przełknął i dodał:
„Do tego jeszcze ta ich nieznośna nienawiść do drzew...”

„To objaw najpierwszy szaleństwa!”,
wtrącił się dziadek kameleon.


„A dlaczego małpy, skoro tak nie znoszą drzew,
noszą w portfelach plasterki drzew?”,
zapytał teraz mały kameleon.

Tata kameleon już miał mu odpowiedzieć,
kiedy na gałąź, podtrzymując drugie danie ogonem,
wdrapała się mama kameleon.
Zła, kazała im jeść, a nie gadać,
bo pasikoniki już się prawie przestały ruszać.

Chrupali razem przez chwilę.

„Ciszej gryźcie, bo nie słyszę kto do kogo strzela...”,
przerwał im dziadek kameleon.


"Pasikonik"
rys. Marcin Filip Banasik

(Na podstawie zdjęcia Eneasa De Troyi
)

 

  Marcin Filip Banasik — Poezje  

Z Urzędu Pracy w Głodnie p. W-wą

CZŁOWIEK JEDNOWYMIAROWY
(DO PRACY NA MARSIE),
POTRZEBNY OD ZARAZ!

— obsługa taśmociągu w kopalniach marsanu (7 wakatów)
— 2 miejsca na stanowisku: Czyściciel Szaletu gen. Montgomery'ego
— prawnicy bez licencji i absolwenci kierunków humanistycznych
    (w każdej ilości, do pracy fizycznej i opieki nad kosmitami)

UWAGA: Przyjmujemy tylko zbędnych z Ziemi!!!


SPECJALISTA WARGIELNIK, BIEGŁY W T1 I T4
(DO PRACY NA ZIEMI),
PILNIE POSZUKIWANY.

— Niezbędne znajomości w przemyśle wargielniczym!!!
— Tylko mężczyźni, ew. kobiety brzydkie lub w wieku poporodowym
— Mile widziana znajomość tureckiego

UWAGA: Prosimy o nie przysyłanie aplikacji, jeżeli specjalizują się
państwo w dwóch lub więcej dziedzinach. Takie aplikacje będą
automatycznie odrzucane (bez powiadomienia).

 

  Marcin Filip Banasik — Poezje  

Nie dójcie koni, nie ujeżdżajcie krów!

Nie dójcie koni, nie ujeżdżajcie krów!

No, po co?

Powiadacie:
„Jałówkę za cycki szarpać? — za wymię nie raz odgrzewane?
— za sutek wytarty? — biust osłuchany?
— muczenie ograne? — i w kubeł aluminiowy, ciur ciur, jak z baby prababy?!
— Ooo, a u konia dydoli macać — to to dopiero tchnie świeżością!”

No, może...

„A, dajmy na to:
Ty — w pudło wgapiony — i mokka;
do tego mamlany
— konik ciągutek.

Ogarnij ten bezmiar publiki zdziwienia.”

„Ileż kaw białych na dywan wyplutych,
kiedy — Oho! — 
z wypróżnionego właśnie kartonika (choć srokatego),
to kucyk, słodko malowany,
pozłocone oczko puszcza?”

„I Chryja?!
— Ach! — Afera!!
— Ba! — cztery tysiące lat wyglądany:
SKANDAL PRAWDZIWY NARESZCIE!!!”

Spiker:
„W Koninie, Obrońcy Praw łańcuchem do źrebiąt przykuci...”
„Archeolodzy stambulscy na tropie krowy trojańskiej???”
„...z Arabskich
stajni stodół — białego złota baryłki baniaki...”

(Czemuż się wcześniej do cieląt nikt nie przykuwał...?)

„Policja przez park na krasulach.”
„...w Pampelunie ogier żgnięciem stylowym w piach posłany.”
„Szwadron Honorowy Jazdy Krowiej Wojska Polskiego”
„...a horsboj (zagoniwszy chabety do zagrody),
w stronę zachodzącego słońca na tej swojej wiernej holenderce...”

...

Panie, Panowie
— czapki na głowy!

Nie malujcie wierszy, nie piszcie obrazów!

 

 

  Marcin Filip Banasik — Poezje  

Praca Magisterska, konspekt

Wspominał już o tym Heidegger. [Cytat z Heideggera.]
Nic do tego nie dodam (ale też nie ujmę!).
Było to przyczynkiem do prac Poppera [Przypis: Jakich prac?;
sprawdzić, czy to rzeczywiście był Popper.]
[Jeszcze ze trzy, cztery cytaty tutaj.]
[Przypis.]
Niestety, na ten temat nie mam nic własnego do powiedzenia.

Czcionka: 16.
Odstępy: podwójne.
Marginesy: 3,5 cm.
Ocena: bdb.

 

 

  Marcin Filip Banasik — Poezje  

Wszechświaty
(Zgłoszenie na konkurs na Haiku,
w którym każde słowo znaczyłoby możliwie najwięcej.)


mło-dość pi-ca-sso
mat-ka bóg ho-ku-sai mann
la-va-zza mo-zart

 

 

  Marcin Filip Banasik — Poezje  

Kolega z Opery

Kiedyś, dawno temu,
chadzałem do opery i,
ach, jakież to było święto!

Noszę jeszcze w pamięci,
jak w getrach naciągniętych na lakierki,
w solennym milczeniu,
siadywałem w odległości dwóch-trzecich od sceny
i dłońmi w białych rękawiczkach,
kartkowałem program.

Wciąż też pomnę, że mi włosy pachniały od pomady
(a musiałem je bez ustanku przygładzać,
tak mi się szapoklak odciskał).

Miałem tam kolegę...

On, jak ja, przychodził wcześniej,
siadał w pustej sali, zawsze obok mnie,
i razem czekaliśmy, aż wyjdzie Schwarzkopfka.

A kiedy już wyszła!...

Powiązani w jej świetlistości,
jako jeden,
stopieni jej szkarłatnym śpiewem,
coraz bliżej siebie,
my — on i ja.

Ona rozbrzmiewała...

Gdy milkła,
— panienka ociekająca aplauzem — 
on zawsze składał swoją dłoń na mojej,
nachylał się ku mnie bliżej i wyszeptywał:
„A czy mówiłem już Panu, że Fräulein Schwarzkopf,
że Ona!... ależ Pan musiał to przeczuwać,
słowem, że ona jest ulubioną moją... jedyną na świecie śpiewaczką?!”

Ja wciąż Nią wzruszony, przyznam to!, kiwałem mu głową
i ułożywszy moją dłoń na jego,
czule odszeptywałem.

Po przedstawieniu okrzyk się wszech-wokół podnosił:
„Elisabeth, Elisabeth, Elisabeth!”.
Coraz twardszy, coraz mocarniejszy.

I ja też krzyczałem?
„Elisabeth!”
Wraz z nimi, którzy się powstawali z foteli?
„Elisabeth!!”
Wraz z nim?
— ja poprzez jej głos, z nim mam cząstkę wspólną?!

Widziałem go potem w telewizji,
jak wśród nie mniej gromnych okrzyków,
otwierał olimpiadę.
Słyszałem go i o nim...,
ale już zawsze z dala, na zawsze z niesmakiem!

Przeklęta niech będzie sztuka,
która nas łączy.

 

  Marcin Filip Banasik — Poezje  

„Być intelektualistą”, wykład
(Uwaga: dziś w sali kominkowej!!!)


Prelegent:
W czasie dziecięcych ignorancji,
egzystowaliśmy w przeświadczeniu,
condicio, sine qua non „bycia intelektualistą”
jest lubowanie się w rzeczach rozumu.
Toteż zawsze dbaliśmy,
by wróciwszy z podwórkowego meczu,
przez czas jakiś czytać.

Na wypady rowerowe
— oprócz Chudego i Sebola — 
zabieraliśmy Ary
stoklesa,
którego (jak zanotował Tatarkiewicz, str. 83),
„za jego bary szerokie”,
podobne konarom platanowca,
nauczyciel gimnastyki (ibid.),
„miał przezwać” Platonem.

Wreszcie dziewczątkom nas zaczepiającym,
czy nie mamy chęci pójść z nimi do kina,
odpowiadaliśmy, iż „istotnie”,
i to było, po naszej stronie przynajmniej, całkiem serio brane.
(Teraz,
empirycznie doświadczywszy intelektualistycznego bycia,
wiemy,
jakaż to była zabawa.)

Ostatnimi jednakowoż czasy,
w naszej młodzieńczej „bycia intelektualistą”definicji,
odkryliśmy,
wynikający z braku podwójnego zaprzeczenia w definiensie,
błąd logiczny wywodu.
In abstracto mianowicie,
powinno tam być nie „lubowanie”, ale „brak lubowania”,
i nie „rzeczy rozumu”, a „rzeczy nierozumowych”.

Reasumując dotychczasowe przyczynki,
zmuszeni byliśmy skorygować naszą definicję.
Tedy „być intelektualistą” oznaczać odtąd będzie
„brak odczuwania przyjemności
z nieintelektualnych czynności”.

In Concreto,
„bycie intelektualistą” objawiać się może, np.:
— niecierpliwym sapaniem (w trakcie gry w karty)
— opuszczaniem sali kilka minut po rozpoczęciu seansu (kino)
lub ew. spektaklu (teatr)
— rozdrażnieniem z powodu przytłaczającej ilości sklepów z konfekcją
(bez znaczenia, damską lub męską)
— silnym poczuciem niesprawiedliwości, iż trzeba się golić i kąpać
— obawą przed ludźmi (iż otworzą usta i coś powiedzą)
etc. etc.

Prosimy teraz spojrzeć na slajd nr 3b:
(Fotografię oglądamy dzięki uprzejmości pana docenta — .)
Mężczyzna serfuje po fali
w sportowym stroju kąpielowym typu „pianka”.
Widzą państwo, jak się uśmiecha?

To nie jest intelektualista.

Moderator:
Czy są pytania? Nie?
Zatem po krótkiej (bardzo Państwa prosimy) dyskusji,
zapraszamy do bufetu na drobny poczęstunek.

 

  Marcin Filip Banasik — Poezje  

W Sekretariacie Maestro

Wchodzę i mówię:
— Chciałbym odwiedzić Maestro.
— Niestety, jest zajęty — słyszę głos kobiety.
— A gdybym przyszedł wczoraj?
— Sprawdzę. — Chwila ciszy.— Przykro mi, wtedy też.

Zwlekam, lecz pytam:
— A może zjadłbym z nim lunch?
Ona potrząsa głową. — Maestro, gdy je, szkicuje.
— To po lunchu.
Wydyma dolną wargę. — Po lunchu pracuje.

Zbieram się już, acz rzucam:
— Idę. Proszę przekazać Maestro, że był przyjaciel.

Ta po raz pierwszy na mnie spogląda.

Patrzy długo,
wprost,
świdruje,
aż zeza dostała.

Nagle krzyczy.

Wpada ochrona.
Już leżę
z policzkiem w dywanie,
spętany jak cielak...

Ona już na mnie nie patrzy, tylko na nich.
Już do mnie nie mówi, tylko do siebie:
— Niech go... Prawie mnie, gnida, przekonał.
Wzdycha.
— Maestro wyraźnie zaznaczył, by pozbyć się przyjaciół.

  Marcin Filip Banasik — Poezje  

Wsiadka, Wysiadka, Przesiadka, Dosiadka

Pociąg „Muzyka”, wsiadłem.

W wagonie,
jak językiem sięgnąć, policzek w policzek,
kompozytorzy.
Nie ma nawet miejsca, żeby zagwizdać.

Ale nie minęło kilka stacji, zaczęli wysiadać.

Najpierw Pergolesi, potem Schubert.
Obok Mozarta zwolniło się miejsce i chciałem się dosiąść,
ale mnie Gershwin ubiegł.
(Mozart łypał na niego spode łba,
zresztą też zaraz wysiadł.)

Wtedy dopiero zaczęli wysiadać!

Bizet wysiadł.
Mendelssohn-Bartholdy wysiadł.
Weber też.
Wysiedli Musorgski i Wieniawski.

Jak wysiadł Schumann pomyślałem:
„Zostali tylko Bach i Beethoven,
gdy podchodzę bliżej, warczą na mnie,
może lepiej też wysiądę”.

Wysiadłem.

Stacyjka w szczerym polu,
prawie pożałowałem, że nie wysiadłem
razem z Gershwinem i Szopenem.

Ale patrzę na rozkład
— pociąg „Literatura” jedzie mniej więcej w tę samą stronę.
Co za zbieg!

Poczekałem trzy kwadranse, wsiadłem.

W wagonie cicho i pusto,
tylko plecami do siebie,
jeden przy toalecie, drugi przy bagażach,
siedzą
Mann & Mann.

Rozsiadłem się
i już układałem się do drzemki,
aż tu nagle!
— po schodkach wchodzi George Sand.

Poderwałem się
(bo taka młodziutka)
— niestety miała tylko małą torebeczkę...
Usiadła trzy stoliczki dalej,
en face do mnie,
więc poprawiwszy kapelusz,
ośmieliłem się spojrzeć w jej stronę.

Zarumieniła się.

Długo się zbierałem...
Ale jak wsiadł Gombrowicz
— też się zarumieniła — 
— jeszcze mi ją gwizdnie! — 
wstałem i podszedłem.

„Czy mógłbym dosiąść się do Pani?” — zagaiłem.

Ona zachichotała cichutko,
spojrzała na mnie,
potem szybko odwróciła wzrok.

Mówiła z zamkniętymi oczyma,
z powagą podkreślając każde słowo ruchem głowy:
„O, zapewniam Pana, że nie miałabym nic przeciwko temu,
tyle że trzy stacje dalej wsiada Virginia
i jesteśmy umówione
na obgadywanie facetów”.

 

Marcin Filip Banasik — Poezje  

Morderstwo na Czasie

Wstałem o świcie, żeby pisać.

Usiadłem przy komputerze, a tam listy:
— od pana doktora X
— od kwartetu smyczkowego Y
— od Mamy!
Zaparzyłem herbatę, odpisałem.

Rankiem, w pośpiechu zjadłem śniadanie.

Znów siadłem, wtem zadzwoniło:
— w drzwiach przyjaciel z dawnych lat
— uściskaliśmy się
— co za niespodzianka!
Poszliśmy w miasto, znów herbata.

Wróciłem późnym wieczorem, wcale nie głodny.

Ale był obiad, więc zjadłem, zasiadłem...
— komputer długo się włączał
— królik mnie ugryzł w nogę, bo był głodny
— żona chciała, żeby ją przytulić
Wstałem, królikowi rzuciłem kukurydzę, przytuliłem żonę.

Myślałem przez chwilę, potem nie bez chytrości, poddałem się.

Dwie godziny biegałem po mieszkaniu:
— zmieniłem trzy przepalone żarówki
— naprawiłem cieknący kran
— wyczyściłem swój ulubiony czajniczek do herbaty
Żeby na rano było zrobione wszystko to, co do zrobienia!

Pół nocy nie mogłem spać, złościłem się, długo leżałem.

Spałem do trzeciej...

Gombrowiczowi
     
Marcin Filip Banasik
Marcin Filip Banasik

Moja powieść — Mądrość, Siła i Piękno — w formie czytanej:

Posłuchaj za darmo w dziale Audio...


Jeśli podoba ci się moja strona, wspomóż mnie drobną darowizną.

PayPal — szybko i bezpiecznie.
Co stanie się po naciśnięciu przycisku?

 


Szybka Nawigacja:


 
Królik i Tykwa rys. Marcin Filip Banasik
"Królik i Tykwa do Mate"
rys. Marcin Filip Banasik

 
  Marcin Filip Banasik — Poezje  

Strzeżcie się małych ludzi

Strzeżcie się małych ludzi!

Ich krzesła tak małe,
że garby rosną.
Ich ręce tak małe,
że złupią was jak orzechy.

Unikajcie nieokazałych!

Ich przyjaźnie tak nieokazałe,
że próchnieją od byle gorzkości.
Ich miłości tak nieokazałe,
że wali je pierwszy trzask drzwi.

Strońcie od drobnych!

Ich gesty tak drobne,
jakby poczynione nie w wasze strony.
Ich obrazy tak żywione,
jakby nie szło o drobnostki.

Z tych samych przyczyn, ale o przeciwnym zwrocie,
lgnijcie do wielkich.

  Marcin Filip Banasik — Poezje  

W Muzeach Paryskich

W muzeach paryskich
epoka ciągle złota:
Dalí!
Picasso!
Hemingway!

Na wystawach paryskich
westchnień nadal orgia:
Modigliani, och!
Renoir, ach!
Monet, o!

Kolekcjonerów paryskich
zbiory wciąż przepyszne:
Niżyński, mam!
Gertruda Stein, posiadam!
Scott-Fitzgerald, opływam w!

A na ulicach Paryża?

Geniusze jeszcze chodzą,
ale nowi,
i zabrakło dla nich
ludzkiego obchodzenia.

  Marcin Filip Banasik — Poezje  

Pojęcia

Łatwiej zapomnieć o teście z fizyki,
niż że E=mc2.

Wypchnąć z pamięci,
      że czas płynie szybciej
przy ciałach chudych,
      a wolniej przy grubych,
jak już się wie
      — jak już się uwierzyło! — 
wymaga trudu.

A jednak... — trud trudem — 
      ja bez cienia trudu
jestem w stanie pojąć,
      że za lat kilkaset,
przyjdzie inny jakiś
      rozczochrany cyborg,
i jęzor wytknąwszy,
      każe nam wymazać
teorię względności.

Kiedy dzisiaj ktoś zacznie
      dowodzić, że koty
pochodzą od człowieka,
      a ziemia jest stożkiem,
wtedy dopiero da się
      uzmysłowić bezmiar
arogancji Darwina
      i pełną zasadność
złości króla Hiszpanii.

A mimo tej bezczelności
      i zły król hiszpański
wystarczającą miał ilość
      fantazji, by w złocie
i w sztabach srebrnych zaprzeczyć
      równinności ziemi;
było nie było, to ludzie
      dość mieli pokory,
      ażeby poprawić
genealogiczne drzewa.

I tylko Śmierci w Wenecji nie da się poprawić.

I tylko Guerniki nie da się zaprzeczyć.

Tylko piętnasty kwartet
— niechby się tysiąc geniuszów trudziło — 
choć on cichutko, ledwie mit innigster Empfindung
— i każdy nie wiem jak się wytężał — 
on wciąż, neue Kraft fühlend,
      nie da się wymazać.

Zatem jest geniusz geniuszów i jest pojmowalny;
jest geniusz artystów i jest niepojęty.

 

  Marcin Filip Banasik — Poezje  

Jestem Nienormalna(?!?)

Gruby Czarek
(ten z 5-tej C),
powiedział wszystkim,
że jestem nienormalna!

Rewelacje swoje uzasadnił tym,
że „odbiegam od normy”.

Jak go zapytałam,
któż to te normy ustalił,
to mnie uszczypnął
i napluł od dziwolągów...

A cóż nienormalnego w tym,
że chcę wiedzieć,
gdzie też się ukrywa
ten jego Normotwórca?

Mam rację, co nie?

No, jak się zgadzacie,
to zrobimy tak:

Jak On się kiedyś pokaże,
to ty, Mańka i Ola
zróbcie z siebie kompletne idiotki
(tylko się przyłóżcie
— trzeba go porządnie wkurzyć!).

Ja go wtedy zajdę z boku
i po jajach!

 

  Marcin Filip Banasik — Poezje  

Lebens(alpt)raum

Polacy, ludu płodny,
co tam wam Irlandia!
Ledwie cztery miliony
i pół koma osiem.

A was?
— istny potop Szwecji.

Czy nie ma prawa mrówkojad,
powyżerać mrówek,
jeżeli go same wpuściły do mrowiska?


To jest duch czasu waszego,
kolonializm nowy,
to jest, wasze własne,
Starego Fryca „prawo
potężniejącego mocarstwa”.

Dlaczego wciąż pytacie,
gdzie ten wasz Wielki Fryderyk?

Gdy on już tu
— dosłyszcie jego serca w tarabany bicie.
Wzniećcie strażnic płonące wierzchołki!


Z Brytanii niechaj wyruszą
świetlistych orłów dywizje.
Ze świstem niech nadciągną
z niemieckich ziem husarze.
Niechaj się zbiorą zastępy północy,
francuskie muszkiety i rzymskie kohorty.
I na dźwięk rogów barbarzyńskich niech nastanie
ruszenie świata rzeczypospolite!

A wraz z wojownikami
— kobiety.

To z łon waszych powstaną
nad Liffey
irlandzkie córy i synowie Kraka.


Aż będzie tam polski i język, i władca.
Synczyzna polska i polskie rycerstwo.
Aż odbijecie Brytyjczykom
ziemie wasze, północne.

Wówczas wytyczcie cel nowy i pochłaniajcie,
jeden kraj za drugim...

  Marcin Filip Banasik — Poezje  

Marzenie Ściętej Głowy

Ludzie są równi
tylko wobec gilotyny.

Że trzy centymetry wte czy wewte?,
nos długi, krzywy, zasmarkany?,
a w zaciśniętej dłoni (żółtej?, czarnej?),
Marcuse, Biblia, chustka pachnąca liliami?

Że pięćdziesiąt lat razem, za długo, za krótko?,
posmak po herbacie, piwie?, słodkawy czy gorzki?,
a moja twarz nie taka młoda jak tamtej...?

Cóż dla niej znaczą takie błahostki?


Jakże ma gilotyna dostrzec nierówności,
gdy zamiast oczami,
patrzy ostrzem w swobodnym upadku?

Jakże jej obejmować nierówność,
gdy w miejsce ramion,
ma koszyk głów równo uciętych?


Ciekawe, która z nas pierwsza jej powie,
że równości nie osiąga się, równo przycinając,
lecz obejmując uprzednio dostrzeżoną nierówność?

 

  Marcin Filip Banasik — Poezje  

Ani Dnia Więcej!

Ani dnia więcej!, by żyć, by być artystą.

Dość diabelskim podszeptom,
że studia, że praca, że najpierw!

Dzieci? — dzieci dadzą radę!
Pieniądze? — a pieniądze szmądze!

Już dziś — zaraz — natychmiast!

Przestań!

Cokolwiek robisz!

Ale mi w tej chwili!

Zostaw! — po cóż to targać ze sobą?
A przerwij! — co tam, że już napoczęte?

Gdziekolwiek idziesz — stań
i tak jak stoisz,
porzuć wszystko i żyj,
bądź artystą.

 

  Marcin Filip Banasik — Poezje  

Parada Równości

Dlaczego w szóstej klasie wszystkie siusiumajtki
mdlały, gdy padł na nie wzrok cudnego „Roberto”?,
a Maciek (zwany Yetim, bo dryblas), przenigdy
nie oberwał po mordzie?

                                     Z jakiej to przyczyny,
gdy ja zawsze do rana ślęczałam nad książką,
a Artur, IQ 300, przez całe liceum
jak leser grał se w kosza, to i tak z nas dwojga,
to on skończył chirurgię...?

                                     Dziś czterdzieści stopni,
kiedy ja się zakiszam u mnie na poddaszu
bez jednego okienka, tymczasem Marianna
— pyskata — mieszka w willi (do tego z jakuzzi),
bo jej tatulek kupił.

                                     (Że wcale nie wspomnę,
o tym jakże jaskrawym pogwałceniu prawa,
że aktorką, zamiast mnie — zamiast mnie! — została
przepiękna Andżelina.)

Równość już osiągnięta? — Phi!

                                             Ta równość nasza
to pirat somalijski strzelający gole
dla Amiki Wronki.

 

  Marcin Filip Banasik — Poezje  

Wszystko
(dla dzieci, w stylu Dr. Seussa)

Matka, Ojciec, wszystko
— wszystko musi pójść,
aby być artystą
— wszystko musi pójść!

Nie czas na bobasy,
nie czas na grę w klasy,
nie czas na atłasy,
nie czas na grymasy,
nie na fidrygasy,
nie na marakasy,
na basy i wczasy
— wszystko musi pójść!

Wszystko, aż po grób,
pieniądze i skup,
wspomnienia i łup,
automobilklub...
Wszystko,
wszystko, wszystko.
Zawsze,
wszystko, wszystko.
aby być artystą
— wszystko musi pójść!

Wszystko, wszystko, wszystko,
ale to nie wszystko!

Jeszcze pójdzie ciasto,
potem całe miasto,
maca, taca, praca,
kasa i kiełbasa,
kobiety, kotlety,
markety, gadżety,
żakiety, sygnety,
sorbety, pulpety,
hebany, Korany,
banany i sztany,
nissany, oktany,
ratany i glany,
bluzeczki, majteczki,
garsonki i teczki,
eklery, futbole,
chruściki, jabole,
karciochy, seppuku
i śmiech do rozpuku,
kuku, puku, stuku
i strzelanie z łuku...

Dowcipy o babie
i leżenie w trawie,
teściowie i grabie,
kuropatwy, pawie,
łoje, boje, słoje
i złote przeboje,
mustra i przekroje
— wszystko musi pójść!

Wszystko musi?
— Musi!
Musi, musi, musi!
Absolutnie wszystko
— wszystko musi pójść!

Aż nic już nie będzie.

Nic?
— no, prawie nic.

Bo oto zostanie,
pośród mąk i lęku,
z gardłem nabrzmiałym od jęku,
artysta:
mózg w nicości z ołówkiem w ręku.

Dr. Seuss Cat with a Hat

 

  Marcin Filip Banasik — Poezje  

Trójkąty

Są życia nie warte przeżycia,
ale to wcale nie znaczy,
że śmierć ma w nich

najmniejszy

choćby

sens


Koniec
nadaje znaczeń temu,
co bezkresne:

pojmie to każdy,
kto jeszcze
zdąży

zrozumieć
śmiertelność

Bezkresne może być jedynie
to, co się ucieleśniło

niesamozsiebnie

pomimo że

z myślą o

wbrew

 

  Marcin Filip Banasik — Poezje  

Nein, Danke...

ze mną nie wygracie,
ani na pałace,
ani na kobiety

azali,
aby przegrać,
nie trzeba grać?

budzić się rano
i
chcieć, chcieć, chcieć

wypatrywać chytrymi oczkami,
kto ma więcej,
kto da więcej

być pysznym królikiem,
być spoconym żółwiem;
być psem ogrodnika

zachrzaniać na mety,
po duperele

gazu! gazUuu!!

co w żołądku,
to Wasze

po wieczne czasy do śmierci;
na fest — aż się nie opatrzy

phi..., pss, pff...

PFF!...

pff, pss, phi...

tako rzekł do mnie Marcuse,
że oto będzie
pęknięcie w skorupie

i jest

 

  Marcin Filip Banasik — Poezje  

(posłuchaj nagrania do
wiersza, kliknij tutaj)

Wyjście

Wychodzi
na śmierć o ósmej:
bo pieniądze...

Jego żona chce,
żeby jej przyniósł pieniądze.
Jego rodzice chcą,
żeby miał pieniądze.
Reszta świata
chce jego pieniędzy.

Nazywa to:
harmonią,
miłością,
współistnieniem.

O szóstej wieczorem,
z Bachem w uszach,
żyje na chwilkę
— pacjent z rakiem jestestwa,
w uchylonym oknie hospicjum,
z zakazanym ćmikiem.

Jest taki szczęśliwy,
że Bach jest martwy
nawet po szesnastej
— i nie chce pieniędzy.

„No...” — myśli sobie
(kiedy się układa obok żony
w świeżo pościelonym grobie):
„chociaż tyle...”.

 

  Marcin Filip Banasik — Poezje  

Olejek Arganowy

o tym poecie
to ktoś,
oślinionym półgębkiem,
tylko mi wspomniał na haju;
zatem — przezornie — 
sam wszystko sprawdziłem:
ale zaprawdę!

dwanaście tysięcy

jedno haiku w esperanto
codziennie o świcie,
przed wyjazdem z garażu
w dobrze płatną rozpacz

dwanaście tysięcy

rozmaite treści,
identyczna forma

no, co za sport!

zupełnie jak
moje
nastoletnie stolce,
puszczane w obieg
niczym przekręty
klucza
w dobrze naoliwionym zamku

 

  Marcin Filip Banasik — Poezje  

Skurcze

moja żona przeszła przez to
 trzy razy;
  wspomina, że bolało
            ją
   jak diabli,
    że było
            jej
     ciężko i że po wszystkim
      to zawsze ledwo
       szła...

   ...ale ja
            też...
             — ja też...
                     też...
                      też...
                       miewam skurcze!


czasami po tych
 — po bożemu — 
  dziewięciu miesiącach,
   czasami po
            dniu, góra
            dwóch

   — bez międzyczasu — 
            jak
                       królowa mrówek

i siedzę
            tam,
 z wielkim bebechem,
  że z trudem mogę
   oddychać,
    i już
            chcę
     — ja już muszę urodzić,
                  bo ileż można tak
                       nosić i nosić?...

i wtedy mnie wysyłają:
 po zakupy, bo
  się ocet skończył
   pod prysznic, bo
    śmierdzę
     na pocztę, podstemplować
      kwity
       do banku, oddać
                       forsę
        do pracy, zarobić
                       forsę
                       (forsa macht frei)

czy oni nie widzą,
 że właśnie odeszły
            mi
  wody?
   że mam wybroczyny,
    że muszę teraz, bo
     to jest groźne dla dziecka?

o czwartej rano,
                       zanim znowu wstaną

            bez akuszerki,
            bez lekarza,
            bez ciepłego słowa

do czwartej rano,
                       jak już wreszcie zasną


moja praprababka
 — zupełnie jak
            ja — 
  też
   też
    też zostawiała noworodki
     ze starszymi dziećmi
      — i szła w pole

       wówczas umierało
        trzydzieści procent
                         niemowląt
                           i
         trzydzieści procent
                                     matek

          teraz umiera
           siedemdziesiąt procent
                         wierszy
                           i
            siedemdziesiąt procent
                                     poetów

 

  Marcin Filip Banasik — Poezje  

Skoki

ludzie lubią skakać
do pustych basenów

sklepieniem w dół,
z zatrzaśniętymi ślepiami,
ku jedynie słusznemu

ma pieniądze, to złodziej
przytula ją, to lesbijka
nie ma obrączki, to zdradza
uśmiecha się, to łatwa
mówi, że ładne dziecko,
to pedofil...

prawda nie jest dla nich,
bo przegrywa
z wiedzą

poza tym to ty
— przypadkowo-mimowiednie-nieświadom — 
to ty rozchlastujesz się
z karminowym pluskiem
o suche dno

 

  Marcin Filip Banasik — Poezje  

Senilità

potrzeba było całej sterty czasu,
ażeby nam się Mozart osłuchał
kategorycznie a na wieczność
wiekuistą do znudzenia,
ale
— nie zrozumcie nas źle — 
nawet i to było możliwe

gdy jakiś pozorant bajdurzy
(prawdziwy lub Holly Golightly),
że nie
     nie 
      ach, nie,  
       nie i   
że Mozart
     nigdy 
      nie,  
to tylko dlatego, że
nie potrafi inaczej się
przyznać,
że Mozarta nie umiał
strawić do syta

nie miejcie mu tego za
złe,
bo któż go tam wie,
i może on zlekceważył Mozarta
jedynie
dlatego, bo brakło
mu czasu?

większość ma zbyt mało czasu i
ludzkie twarze,
sex,
głaskanie kota,
kawa i papierosy
— to się im nigdy nie nuży

zdychają młodzi,
wsłuchani w Requiem
lub Nozze di Figaro,
wciąż niezupełnie świadomi
istnienia
i L'oca del Cairo

(...choć, przyznam, są i tacy,
w których — gdy
patrzą
na mnie, na
moment przed
— widzę to
nagłe zmęczenie

mną,
sexem,
głaskaniem kota,
ludzkimi twarzami,
kawą i papierosami

(no i tym Mozartem))

i potem oni
— starzy, starzy, nareszcie starzy — 
umierają z nudów,
niczego nie żałując

 

  Marcin Filip Banasik — Poezje  

Aby Być

nie trzeba pięknych dyplomów,
aby być

jak Charles Bukowski,
których dziś kopy i morgi,
a który miał farta
żyć
bez innych Charlesów Bukowskich,
we wciąż jeszcze
panieńskim świecie,
od niepamiętnych pokoleń
wyczekującym,
na drzemkę ciotki przyzwoitki

 

  Marcin Filip Banasik — Poezje  

Kochani Szturmowcy!
(albo "tolerancja, z jaką zetknąłem się na Zachodzie")

kochani szturmowcy!

jeżeli

myślicie biało
mówicie biało
orzekacie biało
ubieracie się biało
strzelacie biało

to dalej możecie już sobie żyć
w jakim tam tylko kolorze chcecie

ale — załóżmy
— gdybyście

opowiadali się czarno
wierzyli żółto,
albo (Boże jedyny, chroń Imperatora),
śmiali się nam pod nosem cyrylicą!

to nie pomoże wam
nawet najstaranniej wyrafinowana biel
z niechby zaledwie o rzut banthą odległej galaktyki

 

  Marcin Filip Banasik — Poezje  

Nie te Szczyty

trzy bochenki chleba
dla kaczki
puszczanej na wodzie

zbyt zaskakanej,
by myśleć
słyszeć
czuć

piknikowe powietrze krztusi ją
niczym rybę
wspinającą się na nie te szczyty
korny krok za kornym krokiem

 

  Marcin Filip Banasik — Poezje  

Korespondencja Sztuk

"pokory, kochane, pokory!"

"bo jak się jest młodym,
to jasne, że można się mamić,
że po wsze czasy i na wieki wieków...
— tymczasem nic na zawsze,
nawet ty..."

"weźmy taką operę,
którą, co prawda,
— niczym Breżniewa przez okno ludowi
lub zwłoki babki, gdy dzwoni listonosz — 
czasami się jeszcze wystawia...;
albo tańce rytualne Olmeków,
o których domniemywa się tonem konesera,
jakby szły dzisiaj po równie bajońskich sumach,
co rapandrollowe platynowe jutuby..."

"pisałeś, że <<przecież...>>
że <<dobrze się trzymam>>?!?
— a tam! — 
to samo mówiłam gobelinom,
jak stały nad grobem,
trzymając się ściany..."

 

 

Poezje Nieprzeciętnie Szerokie

Marcin Filip Banasik — Obrazy Olejne, Poezje
Banasik, Czarna Madonna, 2014, olej na płótnie, 70x50 cm
 

阴— 阳

Znam
tylko DWA
twoje męskie typy,
Afryko.
Pierwszy
— grubawy, z karabinem.
Drugi
— bezbronny, z wystającym żebrem.

I twe żeńskie odmiany,
Afryko,
znam
tylko DWIE.
Pierwszą
— owdowiałą, patrzącą zalotnie.
Drugą
— z twarzą przestraszoną, dzieckiem na ramionach.

Za wszystkie PIĘĆ
— czterech Ciebie i
JEDNEGO mnie
(którego znam coraz lepiej,
coraz intensywniej wyczuwam) — 
Afryko,
przepraszam...
przepraszam...

Afryka, 2014
olej na płótnie, 70cm x 50 cm
(mal. Marcin Filip Banasik)

Zobacz w wyższej rozdzielczości (kliknij tutaj)

 

  Marcin Filip Banasik — Poezje  

W razie napadu szału Arhtysty, zbić szybkę

W 59-tym Arhtyści z L'avant-garde wpadli w szał
i demolowali Louvre.

Nie można było ich okiełznać arhmatkami wodnymi,
bo kustosz się bał o akwarhele,
a gazu łzawiącego to nawet mehr nie prhoponował,
bo jacy też by przyjechali turhyści,
gdyby tak się Mona Lisa rhozrhyczała?

Szpalerhem natarhli żandarhmi z Saint-Tropez,
lecz na prhóżno
— tak szaleńczy był szał Arhtystów z L'avant-garde.


Strhwożył się mehr, zląkł le président,
toteż, po krhótkiej nahradzie,
rhuszyli za rhóg, do l'hôtel des Invalides,
wyprhosić o rhadę starhego Maestrho,
któhry tam spędzał emehrytuhrę...

„Może Ahrtyści są głodnî?” — zaprhoponował Maesthro,
lecz widząc rhozczarhowane miny mehra i le président'a, dodał, ku ich odprhężeniu:
„Arhtysta, jak każdy zwierz, jeść musî
— inaczej zdechnié”.

Z odsieczą wpieprzyli się amerhykanie,
którzy zbombarhdowali Louvres hamburhgerhami,
ale darhemnie
— tak nienasycony był głód Arhtystów z L'avant-garde.


Rhozpłakał się mehr, w rhozpacz wpadł le président,
lecz nie Maesthro!

On tylko cztehry rhazy pociągnął sobie z rhurhki
podprhowadzonej od butli z l'ahrt (któhra stała obok tej z l'oxygène),
i tak oto rhozsądził:
„Ahrtysta, jeśli sytŷ, a wciąż rhobi buhrdę,
to z tej tylko rhacjî, że mu się odmawia l'ahrt”.

Więc dano Ahrtystom l'ahrt
i dano im czas na l'ahrt
i dano im hamburhgerhy
(bo rhację miał Maesthro i Ahrtysta, zaprhawdę,
jak każdy zwierz,
jeść musî — inaczej zdechnié...)
— i takim to rhemedium uleczono szał Ahrtystów z L'avant-garde.

 

 

 

Marcin Filip Banasik — Poezje  

Szekspir w Sosie Własnem

W Oksfordzie każda magisterka jest o Szekspirze.

Inaczej być nie może.

Magisterki oksfordzkie to przecież powaga,
a powagę osiąga się tylko i wyłącznie,
korzystając z modnych ostatnio angielskich przyczynków,
które bazują na zakurzonych rozprawkach brytyjskich,
które z kolei budują na trącących myszką monografiach anglosaskich,
odnoszących się, dla odmiany, do rodzimych, zatęchłych — ale oksfordzkich!
praźródeł wszystkich źródeł.


Lepiej wypłukać czcze mydliny z worków pod oczami
— o, omamieni, Nieoksfordo-kembrydżcy Geniusze.

Na nic wam staże na Wyspie.
Nie pomoże ani herbata z mlekiem,
ani pisanie kunsztowniej, niż Walter Scott i Lord Byron!

Zaprawdę bowiem obwieszczam a wyję na puszcze,
że wielkobrytyjskość praźródła tkwi nie w papierze,
a w oku patrzącego.


(By the way,
różnica pomiędzy Oksfordem a Kembrydżem
zasadza się w pochodzeniu praźródła,
które w Kembrydżu powinno być sine qua non Kembrydżowskie.)

Poza praźródłem Kembrydż to też powaga,
nie dziwi zatem,
że w Kembrydżu każda magisterka też jest o Szekspirze.

 

  Marcin Filip Banasik — Poezje  

Brawo Ten Pan

Mozart,
trzydzieści lat bazgraniny na trzydzieści pięć lat życia,
nierzadko w trzy dni symfonia,
ale już kwartety
— rok mozartowskiej migreny, kartki podarte,
manuskrypt haniebnie pokreślony...
(no, dobrze, prawda — muzyki się nie sprzedaje na wagę,
a ból głowy można dziś odliczyć od podatku...,
jednak wypomnijmy przy tej okazji Mozartowi
sześć ciężkostrawnych CD z marszami,
których się słucha jak zwierzeń Złego Łotra na Golgocie,
a pisało pewnie jeszcze z bokiem przebitym i pod górkę z gołoledzią).

Mann, Tomasz — codziennie pięć godzin,
siedem dni w tygodniu,
pięćdziesiąt dwa tygodnie w roku,
sześćdziesiąt jeden lat,
łącznie:
sto jedenaście tysięcy dwadzieścia
godzin twórczości, uff.

Gustawa Mahlera współczynnik
bezsennych nocy letnich przez jedną Symfonię Tysiąca
= punctum contra punctum.
Haydna (który pisał tylko w makijażu), stosunek
zużycia pomad na dwa pęczki nut
= nota contra szminkam.

Przesławny Picasso malował papierosami
i czasem
w powietrzu, bo mu notorycznie płócien brakło
(że nie wspomnę o takich miernotach, jak ja)
(kiedy — zauważmy — nawet jeśli mój pot jest tańszy niż pot Renoira,
to przecież wyciska się go z tym samym mozołem)
(do tego jeszcze byliście Wy, coście to wszystko grali, czytali, coście się gapili...).

A w 3015-tym w Ziemię uderzyła asteroida,
i wszystko szlag trafił.

 

 

 

Marcin Filip Banasik — Poezje  

Moi, moi, moi!

To ptak?
Samolot?
Nie — to Banasik!

(Łatwo go rozpoznać
po czterech „B”
na pelerynie.)

A patrzcie tylko,
co on tam nawtykał
w rajtuzy:
wiersze, obrazy, partytury,
powieści, grafiki, opowiadania,
eseje, nagrania, dyplomy, cóż jeszcze...?

Słowem:
prawdziwy maczo
— jedno władcze, ociekające sztuką „SUPER”!


Że trochę nieskromny?,
że pyszałek przemądrzały?,
pyskaty krasnal i, o! — żeby mu tak raz mordy utrzeć!,
bo już ile można?, gnojkowi jednemu,
niech szura gębą przed chlewem, liszaj francowaty,
palant, bambosz, bałwan z ery banana łupanego,
niech spieprza na łąkę komary doić, salceson z szesnastego wieku,
dowcipny jak taczka gnoju łupież na mózgu zaskrońca,
walnięty jak kilo gwoździ bez łebków koprofag analfabeta,
co w tobołku ma nawalone, jakby mu tam chomiki w hokeja grały!
Niech wreszcie przestanie rzępolić, w sedes paszczęka — i nie gulgotać!,
zirokeziony bęcwał z zassaną szyszynką, cienki jak pisk muszki owocówki,
co to nawet literków nie umie, a tylko jęzorem mieli, że się wszystkie muchy zlatują,
elegancik bez nosa (za to ze świńskim dydolem), którego w dzieciństwie z bazuki karmili...

...

Łe, mnie tam już bardziej krew psują te piękne dziewczęta,
co siedzą i ryczą, że takie są brzydkie...

 

 

 

Marcin Filip Banasik — Poezje  

W Poznańskim Salonie

siedziałem na kolankach mademoiselle z bukietem salonowych piesków
i one wszystkie koniecznie chciały się dowiedzieć, skąd wywąchuję natchnienie
wyznałem im, że ja nie miewam natchnienia, tylko artystyczną chcicę
lecz one hurtem wzięły to jedynie za pikantny, filuterny żart
zaczęły szarpać gitary i by mi dorównać, szczekały prostackie piosenki
błyskały brylancikami, aby wszem wobec pokazać, że nie brak im kasy
pociły się na mnie, kadziły mi — a tak przekonująco, że mnie pokonały
i obwieściłem im, że oto, w nagrodę, wydeklamuję mój najszerszy dotąd wiersz
wszelako wówczas, w samym wejściu salonu, wybuchła seksbomba
— a z kuchni rzucono golonki — 
i one wszystkie, wianuszkiem, przestały mnie słuchać

 

 

 

Marcin Filip Banasik — Poezje  

Live, Live, Live

Pani:    To po co Pan to sobie robi?
Ja:       Jak to „po co”? Żeby żyć!
Pani:    A ja to niby co? Nie żyję?
Ja:       Ależ oczywiście! Pani jest martwa
           od samego poczęcia...
Pani:    Aha?... — A więc to taką się Panu wydaję?
Ja:       I bardzo chce Pani zjeść mój mózg
           — proszę się z tym nie kryć — 
           ja i tak to wiem.
Pani:    Ha ha... Pan naprawdę myśli,
           że to było zabawne?!
Ja:       No, bynajmniej, tyle że—
           — hola, hola! — 
           — ależ proszę się tak nie przysuwać!
           I niech Pani trzyma ręce na blacie,
           tak żebym je cały czas miał na widoku!
Pani:    No, teraz to chyba troszeczkę Pan jednak przesadza...
           A nie chciałby mnie Pan nieopatrznie obrazić na wizji?!
Ja:       Proszę Pani, przecież oboje wiemy,
           że ten program oglądają tylko tacy, jak Pani,
           truchła, chodzące zwłoki, umarlaki...
Pani:    I telewidzów? — Ich też mi Pan bezczelnie na żywo obraża!
Ja:       Takich zdechłych telewidzów
           to ja mam, Proszę Pani, głęboko głęboko...
Pani:    No..., nie... W takim układzie to proszę już sobie iść.
           Ja nie będę tutaj więcej z Panem dyskutować.
Ja:       Dobrze — już dobrze — idę...
           Tylko proszę mnie przypadkiem nie ugryźć,
           jak będę obok Pani przechodził!
Pani:    Ochrona!... Pani Krysiu, proszę powiedzieć w okienku,
           żeby bzyknęli po ochronę...
Ja:       Może mnie Pani wyrzucić, opluć, obrazić, oczernić,
           — ba, nawet pobić! — 
           ale mojego mózgu Pani nie oddam...

 

 

Marcin Filip Banasik — Poezje

 

[Wymowa imion chińskich:
Zi = Dzy; Yan = Jen; Xiao = Śao; Mei = Mej; Xi = Śi; Bei = Bej; Zhang = Dżang;
pozostałe = wymowa taka sama jak w j. polskim]

老马与他的学生,子南 (Lao Ma i uczeń jego, Zi Nan)

Lao Ma notował właśnie wiersze,
które był obmyślił podczas porannej przechadzki,
gdy uczeń jego, Zi Nan, upadł przed nim, pytając:

„Lao Ma, o nieprzemijalny Lao Ma, Lao Ma!,
powiedz nam, przemijalnym, czym jest Sztuka?”

Lao Ma, nie przerwawszy na moment pisania,
wskazał wachlarzem malowany parawan,
który był uczniom swoim nakazał
ustawić blisko siebie,
po czym tymi oto słowami przemówił:

„Trzysta już wiosen i trzysta jesieni wypatrywałem
tej czapli, którą specjalnie dla mnie
poderwał w niebo mistrz mój a przyjaciel,
wiekuisty Lao Yan.

I choć już dawno dostrzegłem
ptaka tego każde malowane pióro,
acz już posiadłem i posiadam i czaplę
i niebo wysokie, które jej wzlecieć pozwala,
ja dziś na nią spojrzawszy,
silniejsze jeszcze odczuwam pożądanie.

Dlaczegoż innego też miałbym
od trzech setek lat dzień w dzień tu przychodzić
jeżeli nie po to jedynie, by gasić pożądanie,
którego ugasić nie sposób, choć można je gasić?

Jakiż sens inszy miałoby moje tej czapli wypatrywanie,
dwuwierszy pradawnych czytanie, czy nawet
zasłuchiwanie się w słodkością wypełnione tony,
które co wieczór w kamiennym pawilonie
dobywa z lutni drogocenna Xiao Mei?”

To powiedziawszy, Lao Ma zamilkł i przez dłuższą chwilę
słychać było jedynie skrobanie włosia o śliski pergamin.

Zi Nan, który zapomniawszy się w czystych słowach Lao Ma,
był już powstał, znów upadł przed Mistrzem i zapytał:

„Lao Ma, o nieprzemijający Lao Ma, Lao Ma!,
zatem Ty mówisz, jeżeli dobrze nadążam za ustami Twemi,
że Sztuka jest życia sensem prawdziwym a jedynym,
i że poza naszego ze sztuką obcowania,
nic więcej nie warte w życiu naszem?”

Lao Ma fuknął na to przez nos
i odsączywszy pędzel o jadeitowy kałamarz,
takimi teraz słowami zbeształ zuchwałego ucznia:

„Dlaczegoż wy, młodzi, co jeszcze nie poznaliście
siły drzemiącej w języku, tak jesteście skorzy
pochopnością języków swoich obrażać
nie tylko mnie, ale i mistrza a przyjaciela mojego,
wiecznotrwałego Lao Yan?

Przecież łatwo odgadnąć, że gdyby
li tylko ze Sztuką współżycie
żyć naszych było sensem pierwszym i ostatnim,
nazbyt łakomym stać by się musiało
me Sztuki pożądanie?

Że wówczas przez trzysta wiosen i trzysta jesieni
siedziałbym chyba bez ruchu, wpatrzony
w tę czaplę i w niebo wysokie, które jej skrzydła unosi?

I także tak wielce musiałbym pragnąć tych tonów przesłodkich,
które mnie dzień w dzień dochodzą od strony jeziora,
że z pewnością wrzody a pełne ropy pęcherze pokryłyby
srebrzyste palce nieocenionej Xiao Mei?

Ty zaś i Zi Dong, Zi Xi, a nawet Zi Bei,
co sens słów czytanych wciąż źle jeszcze pojmuje,
wam wszystkim czworgu ślina by w ustach do cna wyschła,
od bezustannego recytacją wierszy gaszenia apetytu mego,
którego ugasić nie sposób, choć można go gasić...?

Lub też i gasić nie można? Bo wszakże
i sam mistrz mój a przyjaciel, wieczny Lao Yan,
i on przecież, jak ja, musiałby Sztuki pożądać tak wielce,
że miast w czaple zaklinać sukna parawanów,
on łaknąłby tylko tych czapli oglądania.

A jak Lao Yan, tak też i Lao Zhang, zamiast pędzlami swymi
zapisywać lutni tony miodowe, tęskniłby jedynie
do tonów już zapisanych, i przez to nie byłoby
ni czapli, ni tonów słodkich, ni wierszy do deklamowania,
nie byłoby Sztuki ani szczęścia Sztuki, a tylko
nieszczęście byłoby, a my siedzielibyśmy tu razem
zapłakani a pożądaniem Sztuki bez reszty przepełnieni...

Tymczasem Sztuka istnieje, istnieje szczęście Sztuki,
gładkie są palce Xiao Mei,
usta Zi Bei pełne śliny,
a pędzle moje, któreś sam dopiero co
uwiązał z futra dzikiego borsuka
— czyż one znowuż nie są postrzępione?

Ja dziś tu przyszedłem nie tylko czapli wypatrywać,
ale i by do końca zapisywać strofy,
których w całości jeszcze nie spisałem.
Dwuwiersz mój, którym od południa nasączam najlepszy pergamin,
wciąż daleko jeszcze leży od doskonałości,
a do niej to właśnie rwie się moje pożądanie,
i może jeszcze przez długie godziny
brew będę marszczył a pędzli mych strzępił,
nim wiersz jaki osiągnę tego pożądania godzien...”

To rzekłszy, Lao Ma pochylił się nad pergaminem
i przez kilka minut to pisał, to zastanawiał się, co też napisać.

Zi Nan, który wstrząsany reprymendą Mistrza,
był już cofnął się w komnaty kąt najdalszy,
znów zbliżył się i upadłszy przed mistrzem,
na takie słowa się teraz poważył:

„Lao Ma, o nieupływający Lao Ma, Lao Ma!,
Ty zatem rozjaśniłeś, jeżeli poprawnie dościgłem jasność Twoją,
że Sztuka, obok bycia sensem życia całkowitym a wyłącznym,
jest i celem życia i że cel ten dlatego jest piękny,
bo go nie można dosięgnąć, choć można poń sięgać?”

Lao Ma roześmiał się sucho acz ciepło,
uniósł filiżaneczkę z herbatą do ust swojech,
po czym, powróciwszy do pisania,
takimi to słowami obdarował młodego Zi:

„Ja dzisiaj ci mówię, że trzysta już wiosen i trzysta jesieni
przeżyłem, nie z tego powodu, że trzysta lat tylko
wędruję po ziemi, bo wędruję dłużej,
lecz dokładnie trzysta to było roczników
odkąd po raz pierwszy oczy me spostrzegły
tę czaplę, którą pod niebo wysokie
posłał mistrz mój a przyjaciel, wieczysty Lao Yan.

Tylko ten bowiem, kto Sztukę posiadł i posiada, jest żywy,
i ja jedynie poprzez życiodajne łono Sztuki
człowiekiem żywym się narodziłem z martwego człowieka.

Tedy Sztuka jest i sensem, i celem, i przyczyną życia,
a to jest Sztuki najpełniejsza pod niebem definicja”.

Wypowiedziawszy te słowa, Lao Ma rozpromienił się,
po czym przez kilka jeszcze godzin
brew marszczył a pędzli swych strzępił, nim sięgnął po pieczęć
i przyłożywszy ją do szeleszczącego pergaminu,
przywołał do siebie ucznia swego,
by razem mogli nowego dwuwiersza pożądania gasić.

A gdy dostrzegł był już Księżyc, która jak co noc
oświecała mu krawędzie stopni w dół wzgórza powitych,
nieskończony Lao Ma złapał za laskę
i razem z Zi Nan udał się w stronę jeziora.

Byli już prawie wpół drogi, kiedy z kamiennego pawilonu
poczęły ich dobiegać słodyczą przepełnione tony,
wydobywane z lutni przez bezcenną Xiao Mei.

[dla 晏济元 (Yan Ji Yuan), który żył]

 






























































 
wielki mistrz malarski,
Yan Ji Yuan



Yan Ji Yuan, przy pracy


Zhang Da Qian
przyjaciel Yan Ji Yuan'a,
wielki mistrz malarski, Zhang Da Qian

 

晏济元 (Yan Ji Yuan) to, obok 张大千 (Zhang Da Qian) największy chiński
malarz współczesny. Dożył 110 lat. Na jego pogrzebie (zmarł w r. 2011),
płakało tysiące wielbicieli.

Poniżej bezcenny malunek czapli w locie, autorstwa uznawanego w
Chinach za najznamienitszego współcześnie żyjącego malarza czapli,
武辉夏 (Wu Hui Xia; ur. 1944).



"Czaple w Locie", mal. 武辉夏 (Wu Hui Xia)
 


 

CYTAT MIESIĄCA:

Cytat Miesiąca z książki Marcina Banasika — Mądrość, Siła i Piękno. "Są pośród was mędrcy, lecz brak im siły. Siłacze, którym brak mądrości. W każdym z was jest piękno. Lecz muszą być razem — Mądrość, Siła, Piękno — muszą być jednym".